#

O nas


O mnie
Dodaj do ulubionych

Księga

Przejrzyj
Wpisz się

Nasza opowieść

2007
styczeń (2)
luty (3)
marzec (2)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (2)
lipiec (1)
sierpien (2)
październik (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
marzec (1)
czerwiec (1)



Warto



Oni zasłużyli

izka-ich-bin-nich-ichich-verbrenne-innerlichrekishi-ai


Szablon
By:kasia.waw.pl
Only for:princess-th


Akcja 'Na pomoc FFTH' Zajrzyjcie.



Rozdział 17 - Przebudzenie. >> poniedziałek, 30 czerwca 2008 22:03:46
Witam tych, którzy pozostali. Razem z Kath stwierdziłyśmy, że trzeba kończyć. Lepiej zakończyć, niż pozostawić bez końca.


By Anabell.


Miesiąc później.
- An, czy ty w ogóle zauważyłaś, że za miesiąc wychodzisz za mąż? – Kath. Otóż to. Harry jednak się oświadczył, a ja dla dobra królestwa zgodziłam się. Babcia chciała wszystko szybko, więc od zaręczyn mieliśmy 2 miesiące do ślubu. I koniec z wakacjami, bo było trzeba z tego powodu wrócić do Bassenberg. Harry się cieszy, a ja coraz bardziej zaczynam rozumieć, że popełniam błąd. I to nie ze ślubem, ale z wyborem na męża.

- Nie chcę go. Kocham Harrego, jak brata, a nie jak męża.

- Wiem, że wolałabyś, aby twoim przyszłym małżonkiem był wysoki i czarnowłosy Niemiec, ale zgodziłaś się już.

- A ty. Odzywasz się do Toma, czy znowu się pokłóciliście o to, czy on ma przylecieć do ciebie, czy ty do niego? – zaśmiałam się.

- Bardzo śmieszne. Nie moja wina, że on się uparł, że tutaj przyleci. Jak to sobie wyobrażasz? Zobaczę go i powiem: Chodź, pokażę ci gdzie mieszkam, ale najpierw dam ci mapkę, bo to zamek królewski.?

- No może faktycznie. Kiedy im powiemy? Znienawidzą nas. Gustav nas nie lubi. I to bardzo.

- Wkrótce. Zobaczysz, że wkrótce. Teraz chodźmy na kolację, bo ciotka Elżbieta znowu się wkurzy. Dziwne trochę, że wujek Karol nie przyleciał.

- Za to powinna być już Camilla i William. – wyszłyśmy z mojej komnaty i mijając co chwilę ochroniarzy, skierowałyśmy się do jadalni gościnnej.

- Z tą swoją narzeczoną, czy sam?

- Chyba sam. Co, też jej nie lubisz?

- Mało powiedziane. – zaśmiałyśmy się – Opanuj się, bo co chwilę stajesz mi na sukienkę.

- Przepraszam, Wasza Wysokość. – wystawiłam jej język.

- Dzięki Bogu, nie będę mieszkać w twoim królestwie.

- Zobaczysz, jakie fajne będzie. Wprowadzę przepis, że ochrona królowej może mieć maksymalnie 26 lat, co najmniej 1.80m wzrostu i kogoś z Hiszpanii w drzewie genealogicznym.

- Jesteś wariatką.

- Wiem, ale mi to nie przeszkadza. – uśmiechnęłam się szeroko i podeszłam do królowej Elżbiety, aby ją uściskać, poczym usiąść koło Harrego.




- Harry? – byliśmy właśnie na popołudniowej herbatce z moją babcią i doradcą królewskim. Tak się złożyło, że odeszli na chwilę, ponieważ musieli coś szybko sprawdzić i potrzebna była do tego królowa.

- Hmm?

- Mam pewne wątpliwości... – zaczęłam rwać na małe kawałeczki bogu winną serwetkę.

- Wątpliwości? – spojrzał na mnie.

- Co do... – zrezygnowałam. Nie potrafiłabym go zranić. - ...yyy co do tego, czy mogłabym na kilka dni pojechać do Berlina.

- An, przecież wiesz, że zawsze poznaję, gdy kłamiesz. Co się dzieje, hmm? – potarł dłonią moje ramię.

- Bo widzisz...

- Dlatego Anabell też powinna w tym uczestniczyć, prawda? – wróciła królowa.

- Zgadza się, Wasza Wysokości.

- Wrócimy później do tej rozmowy. – szepnął mi Harry. Poszłam za babcią.




- Witam, księżniczko.

- Bill, przecież wiesz, że nie lubię, jak tak do mnie mówisz.

- Wiem i kompletnie nie rozumiem dlaczego. Wszystko jedno. Co u ciebie? Tęsknisz za mną? – usłyszałam jego niepowtarzalny śmiech.

- Nudzę się w domu i pracuję. A nie tęsknię w ogóle, bo tutaj jest mnóstwo o wiele fajniejszych facetów od ciebie.

- Osz ty. Przylecę zaraz tam i cię porwę. Zobaczysz.

- To nie ujdziesz z tego cało. Powiedz mi, co u ciebie?

- Poza tym, że tęsknie za naszymi wieczornymi spacerami i kąpielami w fontannie to nic. Chociaż...

- Chociaż?

- Gustav od jakiegoś miesiące strasznie dziwnie się zachowuję. Nikt nie wie, co się dzieje. Jest jeszcze bardziej cichszy niż był, a poza tym stał się fanatykiem księżniczek z Bassenberg. Wyobraź sobie, że każdą gazetę, którą kupi nam Zaki zaraz zabiera i wycina wszystkie zdjęcia. Nieźle, co? Chociaż, gdyby twoje zdjęcia pojawiały się w gazetach to też bym je tak wycinał.

- I stałbyś się jakimś zidiociałym fanatykiem, co wcale nie znaczy, że Gusti jest idiotą.

- Rozumiem. Kiedy pojawią się szanse, że się zobaczymy?

- Może niedługo.

- Niedługo? Czekam z niecierpliwieniem. Muszę niestety kończyć. Pa, słońce.

- Pa. – odłożyłam słuchawkę. – Słońce? Nie dobrze. – tak naprawdę było coraz gorzej, ale uśmiechnęłam się.




- Miałem nadzieję, że jeszcze nie śpisz. – Harry wszedł do mojego apartamentu.

- Właśnie miałam iść się myć.

- Wiem, że jest już późno, ale mieliśmy wrócić do rozmowy, a wcześniej nie mogłem przyjść.

- Rozumiem.

- Powiedz mi. Chodzi ci o ślub, tak?

- Ale to nie jest tak jak myślisz. Ja chcę ślubu...

- Ale z tym czarnowłosym? Słyszałem kilka waszych rozmów telefonicznych. To wszystko nie ma sensu. Uwierz mi, że sam chciałem już to przerwać.

- Powinniśmy być przyjaciółmi. Kocham cię, ale jak brata.

- Z mojej strony to samo. Myślałem, że jak i tak nie możemy nikogo znaleźć to tak nam się jakoś ułoży. Ale nie wiedziałem, że proponując ci małżeństwo, wchodzę w walkę z twoimi uczuciami. On wie, że go kochasz? – zaprzeczyłam głową. – Więc jedź do niego i mu to oznajmij. Bo facet byłby głupi gdyby się w tobie nie zakochał.

- Dziękuję. Kocham cię. – wtuliłam się w niego. – Proszę, twój pierścionek. Powinna go inna nosić.

- Nie dawaj mi go. On pasuje do ciebie, więc obrażę się, jak go nie zatrzymasz. A teraz ty spakuj kilka swoich rzeczy, a ja idę do babci, aby zadzwoniła i uprzedziła lotnisko, że za niecałą godzinę następczyni tronu leci do Berlina.

- Ale, co ja mu powiem w środku nocy?

- Nie musisz nic mówić. Rzuć mu się w ramiona i już. No już, pakuj manatki. Do zobaczenia na dole. – i wyszedł. Chwilę osłupiała stałam na środku sypialni, poczym poleciałam po małą walizkę i spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. 20 minut później byłam w drodze na lotnisko. Babcia się wkurzyła. Naprawdę.




- Co ja tu głupia robię. – z uniesioną dłonią stałam pod drzwiami jednego z mieszkań w wielkim apartamentowcu o godzinie 2. w nocy. W końcu zapukałam. Cisza. Jeszcze raz. Zadzwoniłam.

- Kogo kurwa niesie w środku nocy! – usłyszałam, poczym za otwierającymi się drzwiami ujrzałam Toma. – A ty co tu kurna robisz? – ominęłam go szybko i skierowałam do sypialni Billa. Natomiast Tom wyszedł na korytarz budynku rozejrzał na boki. – Oczywiście nie mogłaś z nią przyjechać, prawda? Jebana nadzieja. – i wrócił do łóżka.

- Bill? – poruszyłam śpiącym.

- Georg, ty kutafonie pieprzony! Mówiłem, że masz nie oglądać horrorów w środku nocy! – powiedział nie otwierając oczu i odwrócił się na drugi bok.

- Bill, proszę obudź się.

- Nie no. Dzwonię do Hasselhoff’a. Już nigdy nie będziesz miał u niego szans! – wstał szybko, przez co jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od mojej. – No, ty to mi nie przypominasz Georga.

- Ja...ja...muszę ci coś powiedzieć. – nie spuszczaliśmy wzroku z siebie.

- Ja też powinienem ci coś powiedzieć.

- Kocham cię. – szepnęłam. Czarnowłosy zastygł w bezruchu.




Będę okropna i zostawię was w takim momencie. Bo Billosz nie lubi Anabell, wiecie? To taki blef. O!
komentarze [5]

Rozdział 16 - Bill. >> piątek, 14 marca 2008 22:51:37
By Anabell.


(…)
- Kath… Mam problem… - mruknęłam leżąc koło niej na jej łóżku.

- Harry?

- On chyba poważnie chcę się ze mną ożenić...

- Zauważyłam, że często was nie ma. Ale to dobrze. – uśmiechnęła się.

- Zaprosił mnie na kolację dzisiaj...

- Pewnie wrócisz z pierścionkiem na palcu. – zaśmiała się.

- Ej, to nie jest śmieszne. Przecież to tak dziwnie. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie kocham go.

- Babcia mówi, że miłość przychodzi później. Może to jest prawda. A z Harrym dobrze się rozumiesz i fajnie spędzasz czas.

- Ale ja chcę brać ślub z miłości.

- Takie mamy życie.

- Myślisz, że powinnam się zgodzić na małżeństwo?

- Myślę, że tak, ale to twoje życie. – wstałam – Gdzie idziesz?

- Na zakupy. Kupię sobie jakąś kieckę na wieczór. Idziesz ze mną?

- Nie. Pójdę pograć w Scrabble z Harrym i wstrzymać Berniego.

- Dzięki i pa.




- Cześć An. Dawno cię nie widziałem. – gwałtownie odskoczyłam od wieszaka z sukienkami i się odwróciłam.

- Gustav? Witaj. – uśmiechnęłam się.

- Czemu nas unikacie?

- Wydaje ci się. Po prostu się mijamy. – wzięłam dwie sukienki, czarną i brązową. Skierowałam się do przebieralni. – Chcesz mi potowarzyszyć?

- Chętnie. – ubrałam czekoladową sukienkę do kolan i przeglądałam się w lustrze.

- Wiem o wszystkim... – usłyszałam głos i zdziwiłam się - ...Wasza Wysokość.

- Słucham? – otworzyłam szybko drzwi.

- Nazywasz się Anabell Rosalie Nathalie Blanckenberg i będziesz niedługo królową Bassenberg. Zaprzeczysz? – mówił wszystko powoli, a ja zamarłam. – Tak myślałem. Powinienem się zwracać per Wasza Wysokość.

- Nie mów tak.

- Dlaczego? Dlaczego nas okłamujecie? Dlaczego myślałyście, że was nie poznamy?

- Poczekaj. Przebiorę się, zapłacę i pójdziemy pogadać. – jak powiedziałam, tak zrobiłam. Zabrałam bez zbytniego przymierzania dwie wybrane sukienki i poszłam za nie zapłacić. Następnie poszłam z blondynem powoli w stronę hotelu.

- Chciałyśmy mieć normalne wakacje. Poznałyśmy ludzi w naszym wieku, którzy nie widzieli w nas całego królestwa i wielkiej władzy. Chciałyśmy, aby tak pozostało. Ty, jako gwiazda powinieneś to rozumieć.

- Przykro mi. Nie rozumiem.

- Nie mamy znajomych poza królestwem, ponieważ wszyscy, których poznajemy chcą nas tylko wykorzystać. A wy? Nie wiedzieliście, kim jesteśmy i nic od nas nie chcieliście.

- W takim razie, dlaczego nas teraz unikacie. Nie odbieracie telefonów. Nic. Po prostu nic. I co z Billem? Rozkochałaś go w sobie i zostawiłaś.

- I właśnie chodzi o Billa. Nie mogłabym z nim być, wiedząc, że i tak nic z tego nie będzie. Wolałam to teraz przerwać.

- Dziewczyno, nie ma już średniowiecza. Przecież możesz mieć związek z normalnym człowiekiem.

- Nie znasz mojej babci, czyli królowej. Gdyby się o czymś takim dowiedziała padłaby na zawał i tyle ją widzieli. Po prostu nie mogę. A wiem, że teraz oboje mniej cierpimy, niż cierpielibyśmy kiedyś.

- Powiedz mu o tym, że nie możesz z nim być. On się cały czas zastanawia, co poszło źle.

- Boję się. Mnie też to boli. Stało się, coś czego się nie spodziewałam. Nie wierzyłam w miłość, a zakochałam się.

- Wiesz co? Jesteś jak taki damski Tom. Piękna, umiejąca rozkochać w sobie facetów i czerpać z tego przyjemności. – z jego ust zabrzmiało to jakby była to najgorsza rzecz na świecie. Zaczęłam w to wierzyć. – Pomyliłaś facetów. Powinnaś wziąć się za starszego Kaulitza. Byłoby lepiej. Cześć.

- Nie znasz mnie.

- Nie, ale znam Toma i wiem w jaki sposób on się zachowuje. Zbytnich różnic nie widzę między wami.

- Widziałeś mnie raptem 2 razy i sądzisz, że wiesz o mnie wszystko. – bo moich słowach odszedł. Tak po prostu.




- Spotkałam Gustava. Tego Eee... no tego, oj wiesz którego. – mówiłam szybko, wpadając do Kath – Wie o nas wszystko.

- Jak to kurna wie?!

- Tak po prostu. Wiesz, że zrobił mi całą pogadankę, jakie to my złe jesteśmy, że tak postępujemy? Myślałam, że go w pewnym momencie zastrzelę.

- Spokojnie. Wdech i wydech. Wdech i wydech. Przecież nic się nie stało. Wie to trudno. Niech się cieszy. – odpowiedziała beznamiętnie, szukając swojej ulubionej kostki do gitary. Położyłam się na jej łóżku na brzuchu i obserwowałam ją.

- Czy ja naprawdę jestem taka okropna? – zapytałam po dłuższym czasie.

- Czasem chrapiesz i strasznie się wiercisz, ale aż tak źle z tobą nie jest. W ogóle. Skąd u ciebie takie pytanie?

- Z nikąd. – dostałam jakąś pustą butelką w nogę. – Dzięki.

- Wzięło ci się na rozmyślenia?

- Gustav powiedział, że jestem damską wersją Toma. Krzyczał na mnie, wypominał różne rzeczy.

- Ty przynajmniej nie śpisz z facetem, którego poznałaś 20 minut temu. – mruknęła.

- Najgorsze jest to, że wypomniał mi całą sprawę z Billem. Myślałam, że mam to za sobą, że przeszłam to wszystko. Ale to wróciło, jak bumerang i to z podwojoną siłą.

- A Kath mówiła, ostrzegała, przestań flirtować. Ale tylko się kłóciłyśmy. A teraz masz babo placek.

- Ja cierpię.

- Idę na obiad. A ty. Zadzwoń do niego, idźcie na kawę i ciastko. Zostańcie przyjaciółmi. Mniejsze zło. – i wyszła, zostawiając mnie w swoim pokoju. Przeszłam do siebie i faktycznie wzięłam telefon do ręki i znalazłam w książce numer Billa. Usiadłam na łóżku i nie miałam odwagi. Pierwszy raz nie miałam odwagi, żeby zadzwonić do chłopaka.

- I co? Idziecie gdzieś razem? – Kath wtargnęła do mojego pokoju.

- Jeszcze nie dzwoniłam. Boję się. Co jeżeli wyśmieje mnie? Co jeżeli ma takie samo zdanie o mnie, jak Gustav?

- Dzwoń cykorze i już. Wracam za 20 minut i ma cię już nie być. – i znowu mnie zostawiła. Przycisnęłam zieloną słuchawkę.

- Gdziekolwiek jesteś i kimkolwiek jesteś to musisz poczekać na Billa, bo właśnie zatrzasnął się w kiblu. – roześmiałam się – O. Znam ten śmiech. Cześć Anabell.

- Tom, czemu zamknąłeś go w łazience?

- Bo zjadł moją czekoladę. A to była moja ulubiona. I wiesz, że nawet się nie podzielił? – mówił przejęty.

- Wypuść go. Chcę z nim porozmawiać.

- Bill. An chce z tobą pogadać. - krzyknął do brata - Bill mówi, że też by chciał, ale mu się rozporek zaciął.

- Tom. Proszę.

- No dobra. Bill Małpo, wychodzisz na przepustkę. - znowu się roześmiałam.

- An? - usłyszałam głos młodszego Kaulitza, a szeroki uśmiech znowu zawitał na mej twarzy.

- Tak, to ja. Przepraszam, że tak jakoś urwał nam się kontakt. Dzwonię właśnie po to, aby to naprawić.

- Jak zaproszę cię na spacer i szarlotkę to się zgodzisz?

- Za 5 minut na dole. – zaśmiałam się.

- Okej. - rozłączyłam się, włosy związałam w luźnego kucyka i wyszłam z pokoju. Gdy zjawiłam się przed hotelem, Bill już czekał. Nasze spojrzenia się spotkały, a na ustach pojawiły się jedne z tych najpiękniejszych uśmiechów, przeznaczonych tylko dla wybranych. Przeszedł na moją stronę i tak patrzeliśmy na siebie. W końcu wybuchliśmy śmiechem i pochłonięci rozmową na tematy, które same się nasuwały skierowaliśmy się w stronę parku i tamtejszej kawiarenki, w której zjedliśmy po kawałku szarlotki. Spacerowaliśmy po parku, rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Nie było żadnego wypytywania o stratę kontaktu, obwiniania. W tak krótkim czasie, który stał się kilkoma godzinami opowiedzieliśmy sobie śmieszne historie z życia i poznaliśmy się bliżej. Zauroczenie w końcu przeminie, a to może być początek prawdziwej przyjaźni.




Wiem. Niemal, że po tak długiej przerwie to jeszcze wracam z beznadziejną notką. Przepraszam.

komentarze [5]

Rozdział 15 "-Tym razem na szczęście obyło się bez ofiar... >> niedziela, 6 stycznia 2008 21:41:40
By Kath.


Wsiadając do samolotu, przeklinałam pod nosem. Wcale nie chciałam wracać do Casienshofen i cokolwiek załatwiać... Pewnie będzie tak nudno jak zwykle. Eh. Na szczęście to tylko 3-4 dni i potem znowu wracam na wakacje i jeszcze zdążę się spotkać z Harrym. A tak przy okazji, ten Harry to całkiem fajny chłopak. An i ja przyjaźnimy się z nim od dzieciństwa i zdążyliśmy się już dobrze poznać. Poza tym jako następcy tronu mamy bardzo wiele wspólnych tematów i lepiej się rozumiemy. No cóż, nie użalając się już nad swoim losem, założyłam słuchawki na uszy, wygodnie rozłożyłam w fotelu i odpłynęłam.

Wyglądałam przez okna samolotu, pod spodem było już Casienshofen. Za ten mały kraj mogłabym oddać właściwie wszystko. Tu wszystko jest takie inne niż na przykład w Berlinie... Tu ludzie są zawsze dla siebie mili, żyją w zgodzie, a czas płynie jakby wolniej. Wszędzie panuje absolutny spokój. Fakt, czasami mam już tego dosyć, lecz nie wyobrażam sobie mieszkać gdzieś indziej. To właśnie tu się urodziłam, tu wychowywałam, właśnie ten kraj i tych ludzi kocham. Może czasami wydaje się, że nie chce być królową, lecz tak nie jest. Ja po prostu boję się, że nie będę umiała nią być. To jest zaszczyt, ale też bardzo duży obowiązek – nie wiem, czy już jestem gotowa...

Samolot zaczął podchodzić do lądowania, więc musiałam zapiąć pasy. Jak ja tego nienawidzę! Zawsze potem bolą mnie uszy. Wszystko poszło sprawnie i już po chwili stałam na ziemi, tu jednak czuję się najlepiej. Przywitała mnie asystentka babci – Cornelia, bo podobno babcia miała jakieś ważne zebranie. Cornelia miała ok. 30 lat i była dość ładną brunetką. Nie rozumiem, jak można pamiętać o tak wielu rzeczach na raz, jak ona. No cóż, niedługo też będę sobie musiała zatrudnić asystentkę, a z moimi zdolnościami to nawet dwie.
Cornelia zaprowadziła mnie do mojego tymczasowego apartamentu, gdzie przy herbacie zaczęła mi objaśniać wszystko, co mam zrobić przez kolejne trzy dni. Dużo tego było i to tak właściwie prawdziwy początek przygotowań do objęcia tronu.

-O 16 ma Księżniczka spotkanie z Jej Wysokością, więc zostało jeszcze trochę czasu, ale Księżniczka musi się jeszcze przebrać, część Twoich rzeczy zostało przywiezionych tu z Bassenberg, gdyż królowa do czasu koronacji postanowiła tu z Księżniczką zamieszkać.

-Dobrze, tylko mam do ciebie jedną prośbę.

-Tak?

-Nie mów mi tymi wszystkimi tytułami, jestem po prostu Kath.

-Wiec ok, Kath. – dziewczyna posłała mi miły uśmiech. Jeszcze chwilę rozmawiałyśmy, już o przyjemniejszych sprawach, o moim wyjeździe do Berlina i o tym, co słychać w Casienshofen i Bassenberg. Wreszcie Cornelia musiała iść, a ja zabrałam się za swój wygląd. Najpierw wzięłam prysznic i umyłam głowę. Założyłam lokówki i udałam się do garderoby, żeby wybrać jakieś ubranie. W końcu zdecydowałam się na białą sukienkę w czarne wzorki, do tego czarne szpilki z okrągłymi czubkami i delikatna biżuteria. Wróciłam do łazienki i zrobiłam porządek z włosami, lekkie loczki spięłam tak, żeby mi nie przeszkadzały. Został mi już tylko makijaż i byłam gotowa. Do spotkania z babcią zostało mi jeszcze dość dużo czasu, więc postanowiłam przejść się po pałacu – swoim domu, w którym od ostatnich 3 lat (od śmierci rodziców) niestety nie mieszkałam. Mimo, iż nigdy nie liczyłam pokoi, gdyż było ich za dużo, znałam to miejsce jak własną kieszeń. Mój tymczasowy apartament znajdował się w skrzydle zachodnim, gdzie są pokoje gościnne dla rodziy i znajomych. W skrzydle wschodnim są apartamenty dla posłów, urzędników państwowych itp. W głównej części umieszczone są takie pomieszczenia jak sale balowe, bankietowe, jadalnie, apartamenty królewskie, gabinety, sala parlamentu – mogłabym jeszcze długo wyliczać. Właśnie w głównej części znajdował się mój dawny apartament (taka apropos to nie wiem, dlaczego tam mnie nie zakwaterowano) i apartament rodziców. Od czasu ich śmierci nic się tu nie zmieniło, gdyż nikt na stałe tu nie mieszkał. Mimo to cały czas zatrudniona była cała służba i pałac utrzymywany był w jak najlepszym porządku. Godzina mojego spotkania powoli się zbliżała, więc udałam się do głównego gabinetu, w którym wisiały portrety wszystkich panujących królów. Po chwili pojawiła się też babcia.

-Witaj, Kathrin.

-Dzień dobry. Po co mnie tu ściągnęłaś, babciu?

-Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale dzisiaj jest 13 lipca, więc dokładnie za pięć miesięcy kończysz 21 lat, kiedy to zostaniesz królową Casienshofen. To niby dużo czasu, lecz jest wiele do roboty i trzeba zaczynać już dziś. Razem z Cornelią przygotowałyśmy listę wszystkich spraw, którymi trzeba zająć się do koronacji. – w tym momencie podała mi całą, bardzo dłuuuuugą listę i ciągnęła dalej – Dzisiaj wszystko omówimy. Zacznijmy od tego, że po wakacjach będziesz mi pomagać, przy czym wdrożysz się we wszystkie procedury i tym podobne rzeczy.

-Tak, rozumiem. Na uroczystości państwowe też mam chodzić?

-Oczywiście, ale to już chyba naturalne. Po pewnym czasie część rzeczy zaczniesz robić sama. Z tego powodu jak najszybciej trzeba ci znaleźć asystentkę.

-Już się tym zajęłam, Wasza Wysokość, zebrałam CV tych osób, które wydają się najodpowiedniejsze. – odezwała się Cornelia.

-Bardzo dobrze, zanieś je do gabinetu Kath, a ty Kath w wolnej chwili wybierzesz sobie parę, które ci się najbardziej podobają i wtedy zaprosimy te osoby do pałacu.

-To będę miała swój gabinet? – zapytałam.

-Tak. – odpowiedziała mi staruszka – Na razie przydzieliłam ci gabinet naprzeciwko mojego, ale możesz wziąć sobie każdy inny, który ci się podoba. Po koronacji zajmiesz ten, w którym właśnie jesteśmy. Jeśli już mówimy o pokojach, Cornelia już ci mówiła, że się tu przeprowadzamy, tak?

-Tak, nie rozumiem tylko, dlaczego nie mieszkam w swoim pokoju.

-Niedługo obejmujesz tron, skoro masz zamieszkać tu jako królowa, myślałam, że część główną trzeba będzie wyremontować i przemeblować tak, jak będziesz chciała. Poza tym powinnaś przenieść się do apartamentów królewskich

-Fajnie. Tak właściwie to nie chciałabym dużo zmieniać, ale to prawda, temu apartamentowi przyda się porządny remont.

-Już zarządziłam spisanie wszystkich wartościowych przedmiotów pałacu, żeby przypadkiem cos się gdzieś nie zawieruszyło. Na jutro rano umówmy się na obejrzenie wszystkiego i przedyskutowanie ewentualnych zmian.

-Wasza Miłość, jutro na 10 umówiona jest projektantka sukni koronacyjnej. – przypomniała Cornelia.

-Ach tak, więc zrobimy to po przymiarkach. Kath, mam nadzieję, że pamiętasz tamtą projektantkę z Berlina?

-Oczywiście, na następnym spotkaniu miała pokazać materiały. Czy jeszcze coś na dzisiaj do omówienia zostało?

-Jeszcze bardzo dużo... – w ten sposób przegadałam z babcią całe popołudnie. Ustaliłyśmy naprawdę dużo, a czułyśmy się coraz swobodniej i rozmowa coraz częściej schodziła na luźne tematy. Pewnie przegadałybyśmy też cały wieczor, lecz okazało się, że babcia postanowiła jeszcze dzisiaj wyprawić przyjęcie i wcześniej zapomniała mi o tym powiedzieć. Na szczęście fryzjerka i wizażystka były umówione, a sukni tak właściwie miałam dużo, więc z tym też nie było problemu. Postanowiłam założyć najzwyklejszą czarną z małą ilością cekinów . Jeśli chodzi o dodatki, wybrałam coś z klejnotów koronnych. W ten sposób gotowa byłam w niecałą godzinę.

Goście powoli się zjeżdżali. Byli to przedstawiciele najznakomitszych rodów z Casienshofen i Basenberg. Dziwnym trafem zwykle przybywali młodzi kawalerowie... No cóż, czyżby królowa miała nadzieję mnie z którymś zeswatać? Chyba tak, bo każdego mi przedstawiała i od razu zwiewała, „żebyśmy sobie spokojnie porozmawiali”. Fajnie by tylko było, gdyby którykolwiek z tych chłopaków miał trochę oleju w głowie, a przy tym nie był jakiś lalusiowaty... Ilu ja ich poznałam? Eh, straciłam rachubę przy dwudziestym. Franz, Joseph, Mathew, Stefen, Karol, Henry... Żaden nie był taki... Tak właściwie jaki? Sama nie wiem jaki. Nie wiem, czego oczekuję od chłopaka, w którym mogłabym się zakochać... Chyba najprościej powiedzieć, że żaden facet na przyjęciu mnie nie pociągał, po prostu nie poczułam przy nim tego czegoś. Mówi się trudno, wcale mnie to nie zmartwiło. Nigdy jeszcze na poważnie nie myślałam o żadnym związku czy o małżeństwie. Witanie gości się skończyło i wszyscy przeszli na uroczystą kolację. Siedziałam po lewej stronie babci, a po jej prawej stronie siedział premier. Obok mnie została usadzony niejaki Ludwik. Chyba babcia stwierdziła, że to najlepszy kandydat, ale raczej się pomyliła. Ten chłopak nie umiał posługiwać się sztućcami! Co za porażka, do tego dowiedziałam się, że wyglądam ślicznie jak orangutan... Eh. W pewnym momencie musiałam iść do toalety. Wracając, niechcący wpadłam na kelnera, który przewracając się, wpadł na średniowieczną zbroję. Co dalej? Zbroja oczywiście musiała się przewrócić... Miecz, który był niby w ręce rycerza, odpadł, przeleciał kawałek i utkwił w pieczonym prosięciu stojącym na środku stołu. Czy tylko ja, do cholery, mam takie szczęście?! Na sali nagle zapanowała niewiarygodna cisza, wszyscy próbowali się dowiedzieć, co się stało. Przez chwilę zupełnie nie wiedziałam, co robić. Wreszcie, jak gdyby nigdy nic, wróciłam na miejsce przy stole. Moja babcia skwitowała to tak:

-Tym razem na szczęście obyło się bez ofiar...

To był dopiero początek mojego pecha tego wieczoru... W czasie jedzenia tak potwornie się zakrztusiłam, że musiały mi pomagać trzy osoby siedzące obok mnie. Na dodatek przy tym wszystkim, jak ten cały Ludwik klepnął mnie po plecach, diadem spadł mi w talerz. To już drugi powód do plotkowania dla starych hrabin w ciągu jednego wieczoru. Niestety nie ostatni. Kolacja powoli dobiegała końca. Orkiestra zaczęła grać utwory nadające się do tańca. Ja, jako księżniczka, jak zwykle nie mogłam opędzić się od mężczyzn, którzy prosili mnie do tańca. Nie miałam nawet chwili na złapanie oddechu... Już myślałam, że na chwilę uda mi się usiąść, gdy poprosił mnie taki jeden hrabia o imieniu Henry. Od razu coś mi nie grało, a po chwili ten facet zaczął mnie obmacywał. Stwierdziłam, że przywołam go do porządku i stanę mu na nogę. Plan niby dobry, ale w moim wykonaniu... lepiej nie mówić. Gdy stanęłam temu Hnry’emu na nogę, to on się potknął i przewrócił. W rezultacie oboje leżeliśmy. To można jeszcze przeżyć – mogłabym zwalić na niego, bo to przecież mężczyzna prowadzi, ale kiedy się podniosłam stwierdziłam, że z moją suknią coś jest nie tak. No tak, przy upadku wplątał mi się w nią obcas i tym sposobem w czasie wstawania urwałam ją, robiąc z niej mini... Jak babcia to zobaczyła, to myślałam, że zaraz padnie na zawał. Jeden plus tego wszystkiego – nie musiałam dłużej siedzieć na przyjęciu, gdyż staruszka stwierdziła, że dzisiaj już jestem zmęczona i powinnam iść do łóżka. Tak też zrobiłam, ale wcześniej zadzwoniłam wyżalić się An. Oczywiście zamiast niej odebrał Harry w świetnym humorze, więc mój plan wyżalania się zawiódł, a tylko pogadaliśmy sobie o jakiś głupotach itp. Potem wyszła An, która podobno brała prysznic i z nią też sobie pogadałam. Następnie tylko kąpiel i spać.

Rano obudziła mnie Cornelia, po czym powiedziała, że tak właściwie mogę spać dalej, bo i tak już jesteśmy spóźnione. Ja jednak postanowiłam wstać i jak najszybciej doprowadzić się do stanu używalności. Śniadanie zjadłam w przelocie, gdyż już po chwili miałam spotkanie z projektantką sukni. Istna PARANOJA!!! Ja jej mówię, że nie chcę różowego, to mi wciska różowy, mówię jej, że nie chcę falbanek, to mi pokazuje projekt z falbankami... W końcu wspólnie wybrałyśmy jasnobeżowy, dość gruby materiał i podobny, lecz jasnooliwkowozielony. Projekty były dziwne, więc to zostało przełożone a kolejne spotkanie.
Potem cały dzień spędziłam na różnego rodzaju przygotowywaniach. Cały kolejny też. Wreszcie wieczorem siedziałam w samolocie i wracałam do Berlina. Z braku innych ubrań (przyjechałam tak, jak stałam z laptopem i gitarą, a to, w czym przyjechałam było już brudne) miałam na sobie jasną, kwiecistą sukienkę. Nawet nie wyglądałam źle, ale byłam potwornie zmęczona. Kiedy Berni odebrał mnie z lotniska, marzyłam tylko o tym, żeby znaleźć się w swoim apartamencie. Po ok. pół godzinie szybko wpadłam do hotelu. Chciałam przywitać się z An, lecz poszła gdzieś z naszym księciem. Tym sposobem jeszcze szybciej znalazłam się w łóżku.

*****

Tom stał wieczorem na balkonie swojego mieszkania z aparatem fotograficznym i robił zdjęcia nocnej panoramie miasta. Jakoś wena go na to naszła, ale tak naprawdę za tą weną kryła się chęć wypatrzenia An lub Kath przed hotelem. Dziewczyny nie dawały znaku życia i chyba ich unikały. Dredowłosy widział cierpienie brata i chciał mu pomóc, a poza ty przecież obiecał sobie, że jeszcze prześpi się z tą Kathrin... Chłopak wreszcie się doczekał. Z czarnej, długiej limuzyny wysiadła blondynka. Na początku nie chciał uwierzyć, że to Kath, ale to była ona. Żeby mieć dowód i potem jej docinać nawet zrobił parę zdjęć. Pierwszy raz widział ją w sukience, na obcasach i z włosami porządnie związanymi w kucyk, a nie roztrzepanymi na wszystkie strony. Wyglądała jakoś tak... pięknie? Kaulitz nie umiał się przyznać, że właśnie tak myśli. Ta drobna istota, która zawsze zwracała na siebie jego uwagę i go oczarowywała, właśnie teraz nieświadomie zaczarowała go na dobre. Teraz już nie będzie umiał się jej oprzeć.

****
No cóż, zdaję sobie sprawę, że ta nota do najciekawszych nie należy, ale przynajmniej jest długa:P Miłego komentowania.

komentarze [5]

Rozdział 14 - Prostytutki. >> czwartek, 6 grudnia 2007 17:35:09
By Anabell.


9:15. Właśnie o tej porze chwyciłam komórkę i zahaczając o pokój Kath, zjechałam razem z nią windą do restauracji na śniadanie.
- Jak się czujesz? – zapytała Kath, smarując świeżą bułkę masłem.

- Dobrze. A czemu pytasz?

- Wczoraj jeszcze przeżywałaś całą akcję z Billem i spółką.

- To już nieważne. Pewne rzeczy zaczynają się, kończą, a niektóre trzeba samemu zakończyć. Takie życie.

- Zawsze zazdrościłam ci tego, że co by się nie działo to ty się nie przejmujesz.

- Życie jest za krótkie, aby tracić na to czas. – mówiłam beznamiętnie.

- Traktujesz tak siebie, ale nie możesz traktować tak Billa. – przyjaciółka znowu zaczęła mnie przekonywać.

- Jak widzisz mogę. A teraz proszę cię nie rozmawiajmy o tym i się uśmiechnijmy. Są wakacje. – uśmiechnęłam się, Kath po chwili zrobiła to samo. Zadzwonił mój telefon. – Czemu ludzie zawsze dzwonią, jak jem?! – odebrałam – Słucham.

- Hej. Zgadnij gdzie właśnie jestem. – usłyszałam roześmiany głos. Od razu go rozpoznałam, a na mojej twarzy powstał jeszcze większy uśmiech.

- Hmm. Nie mam zielonego pojęcia. Uświadomisz mnie?

- Ależ oczywiście. Jadę właśnie limuzyną ulicami Berlina i kieruję się do hotelu Cristal. Cieszysz się?

- Ale skąd wiesz, że my tutaj jesteśmy? – zdziwiłam się.

- Eh. Byłem najpierw w Bassenberg, ale ciotka powiedziała mi, że jesteście w Berlinie. Czyli wróciłem na lotnisko i tym razem waszym samolotem do Berlina. Oto jestem. - słuchając go, grzebałam widelcem w talerzu i próbowałam upolować groszek, który cały czas mi uciekał.

- Wow. No to miałeś przygody.

- Ej, ej, ej. Co ty tam tak mlaszczesz?

- Jem śniadanie. Kiedy będziesz w hotelu?

- Odwróć się. - tak zrobiłam. Zmierzał do nas wysoki, rudy chłopak z uśmiechem na ustach. Podniosłam się, poczym rzuciłam na niego, mocno przytulając. Zaśmialiśmy się. – Jak ja się stęskniłem.

- Ja też. Dawno się nie widzieliśmy. – spojrzał za mnie i ujrzał Kath. Podszedł do niej.

- Za tobą też się stęskniłem. – Kath wstała i również go przytuliła.

- Harry, dlaczego właściwie przyjechałeś? – zapytałam, wracając do stołu.

- Wakacje mam.

- I zamiast jechać na Majorkę przyjechałeś do Berlina? – Kath.

- Byłem u was w zamku. Ale ciotka skierowała mnie tutaj. Myślałem, że pojedziecie ze mną. – uśmiechnął się, siadając obok mnie.

- Masz problem. Nam jest tutaj dobrze. Nie chcemy jechać na Majorkę. – Kath.

- W takim razie zostanę jakieś 2 tygodnie tutaj z wami.

- Przez jakieś 4-5 dni będziecie sami. – Kath się skrzywiła.

- Jak to? – zapytałam.

- Wyobraź sobie, że nasza kochana babcia dzwoniła do mnie o 1 w nocy i powiedziała, że o 12 mam samolot, którym muszę przylecieć do Cassienhofen.

- Po co?

- Mam pomóc babci w załatwieniu jakichś spraw państwowych. Mam tam być w celu przygotowania się do roli królowej. Masakra.

- Obiecała nam, że będziemy miały wakacje dla siebie. Harry! Zostaw moją kukurydzę! – chłopak właśnie wyjadał z mojej sałatki kukurydzę palcami.

- Ale ja lubię kukurydzę. – odparł.

- Ja też i chciałabym ją zjeść.

- Dobra wy tutaj jedzcie, a ja idę do Berniego zapytać się, czy możemy już wyjechać. – przyjaciółka dopiła herbatę i podniosła się.

- Czemu tak wcześnie? Jest dopiero za 10, 11. – powiedziałam.

- Ale chcę jeszcze podjechać do sklepu muzycznego. A tam mi zawsze trochę czasu mija. – uśmiechnęła się.

- No dobra. Wracaj szybko. – podeszła, pocałowała mnie i Harrego w policzek, poczym wyszła. – Zostaw mój groszek!

- Głodny jestem! – oburzył się, zabierając mi sałatkę.

- Kelner! – krzyknęłam, aby po chwili pojawił się przed nami młody chłopak w smokingu – Mogę prosić jeszcze jedną sałatkę?

- Oczywiście Wasza wysokości. W czymś jeszcze mogę służyć?

- Chyba nie, dziękuję. – spojrzałam na Harrego, który pił właśnie moją herbatę – Jeszcze herbatę poproszę! – krzyknęłam za kelnerem, który w tej chwili odwrócił się i ukłonił.

- Pójdziemy zaraz na miasto? – zapytał Rudowłosy.

- Jak zjem i później doprowadzę się do stanu, w którym mogę wyjść do ludzi. – uśmiechnęłam się.

- Przecież wyglądasz ładnie, co chcesz?

- Po prostu nie czuję się dobrze w dresie. – spojrzałam na niego.

- Okej, okej. Tylko mnie nie zabijaj. – wystawił język i powrócił do jedzenie. Po chwili przyniesiono mi sałatkę i herbatę. Gdy oboje zjedliśmy udaliśmy się do windy.

- Jak zawsze okupujecie apartamenty najwyżej? – zapytał, gdy wybijałam hasło, dzięki któremu pojechaliśmy do mojego apartamentu.

- Tak. Są najwygodniejsze.

- I zawsze zajęte. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nawet, jak nie jesteście w Berlinie to pokoje są zarezerwowane dla was.

- Gdyby nam przyszło do głowy, żeby tutaj przyjechać to zawsze jest miejsce wolne. – uśmiechnęłam się. – A tu zapewne mieszkasz, jak zawsze pode mną?

- Oczywiście. – drzwi widny się otworzyły i przeszliśmy do mojego pokoju. – To ja tutaj sobie grzecznie pooglądam telewizję, a ty idź się picować.

- Bardzo śmieszne. – wybrałam ubrania i poszłam na łazienki.


- Chłopaki, co dzisiaj robimy? – Gustav wszedł do pokoju Toma, gdzie siedziała trójka jego przyjaciół. Siedzący i oglądający jakiś głupi program w telewizji, Georg. Zabierający się za picie trzeciego piwa, Bill i pomagający bratu w tej czynności, Tom.

- Siedzimy... – Tom.

- I pijemy... – Bill.

- Georg? – Blondyn widział nadzieję tylko w Georgu.

- Mi wszystko jedno. Może bym się gdzieś przeszedł. – odparł – Bill, daj łyka.

- Spadaj. Tam masz jeszcze dużo butelek. – oburzył się Czarnowłosy.

- Wiecie co? Jesteście żałośni. Bill. Cierpisz, bo odrzuciła cię dziewczyna, którą poznałeś zaledwie nie wiem 2 tygodnie temu? Prawie jej nie znasz! Wybij ją sobie już z głowy i zajmij się czymś. Ja idę na spacer. Georg, idziesz, czy zostajesz? – Basista siedział chwilę w milczeniu, jakby rozważał wszystkie za i przeciw, poczym wstał.

- Idę. Śmierdzi tu.

- Bo pierdnąłeś! – Tom.

- Wywietrzcie tu. Nara. – dwóch chłopaków ruszyło ulicami Berlina.


- To gdzie teraz ruszamy? – zapytałam stając, na środku chodnika.

- Pomyślmy. Byliśmy już w parku to musimy iść teraz na lody i przejść do drugiego parku.

- Wow. Pomysłowe. – zaśmiałam się.

- No ba. W końcu będę królem, co nie? – podniósł śmiesznie jedną brew.

- A ja królową, co nie? – podniosłam tak samo brew. Harry wziął moją rękę i ułożył ją tak, że szliśmy teraz "pod rękę".

- Co nie. Czy ciebie babka też tak nakłania do jak szybszego ślubu? – zapytał.

- Taa. Przekonuje mnie do Ralfa, księcia z Danii. – mruknęłam.

- To ten rudy, pulchny i z milionem piegów na twarzy, który jak mówi to pluje na wszystkie strony?

- Dokładnie. Świetny kandydat. A twoja babka już kogoś dla ciebie znalazła?

- Karina, księżniczka z Francji.

- Blondynka, rok ode mnie młodsza, przyjeżdżająca zawsze w różowej sukni i łasząca się do wyższych głów z pułki kawalerów?

- Bingo. Tak naprawdę z jej powodu uciekłem z Anglii.

- Jak to?

- Babka coraz częściej zapraszała ją do nas i twierdziła, że w taki sposób w końcu się nią zauroczę.

- Znam ten ból. U mnie było tak samo. Dopóki babcia nie nakryła Ralfa w spiżarni, jak wyjadał nam czekoladę. Stwierdziła, że będzie bezpieczniej jeżeli będziemy się "poznawać" poza pałacem.

- Mam pomysł. Super pomysł. – uśmiechnął się szeroko.

- Słucham cię.

- Pobierzmy się. Anglia połączy się z Bassenberg i staniemy się silnym królestwem. A przy tym pozbędziemy się Ralfa i Karina. Super pomysł, prawda? – spojrzał na mnie i poruszał brwiami.

- Genialny. – zaśmiałam się.

- Malina i kokos? – stanęliśmy przed budką z lodami. Przytaknęłam. – Poproszę 2 razy po 2 gałki.

- Już momencik. – dziewczyna koło 17 lat spojrzała na nas. – Wasza Wysokość.

- Jesteśmy tutaj prywatnie. – uśmiechnęłam się do niej. Dziewczyna szybko złapała dwa rożki i czekała na polecenie.

- Malina i kokos oraz wanilia i czekolada. – Harry.

- Proszę, Wasza Wysokość. – podała nam rożki. – 2,50€, Waszej Wysokości.

- Proszę. Dziękujemy i do widzenia. – uśmiechnęliśmy się do niej ponownie i odeszliśmy.

- An, poczekaj, Kupię sobie jeszcze wodę.

- Ok. Czekam. – chłopak szybko wrócił i ruszyliśmy przed siebie.


- Czyli też twoim zdaniem Bill rozpacza, choć nie ma nad czym. – Georg.

- Okej. Anabel to fajna i wesoła dziewczyna, ale on jej prawie nie znał. Nic go z nią nie wiązało. A jak umiał się szybko zakochać to powinien umieć teraz odkochać się. – Gustav.

- Jednak w pewnym stopniu jest mi go też żal... Myślałem, że to faktycznie może rozwinąć się w coś poważniejszego. Przecież Bill był cały rozpromieniony, gdy ją widział, gdy o niej mówił etc.

- Niby tak. Tylko, że ja ją i Kath już chyba gdzieś kiedyś widziałem, wiesz?

- Anabell? Kath? Może jak byłeś z rodzicami w Bassenberg?

- Nie. Byłem tam jak miałem 11 czy 12 lat. One mają teraz 20, wtedy musiały mieć jakieś 6 lat. Nie poznałbym ich teraz.

- Ty. A pamiętasz jak byliśmy we Frankfurcie w barze nocnym? Wiesz, striptiz, prostytutki i takie tam. – Blondyn przytaknął – Podobno pracowało tam większość dziewczyn właśnie z Bassenberg. Może stamtąd?

- Jakim sposobem prostytutki miałyby kasę, aby zamieszkać w takim hotelu, jak Cristal?

- Może tak naprawdę mają bogatych tatusiów, a bar to była taka przygoda.

- Seks za pieniądze + obnażanie się przed setką facetów. Super przygoda.

- Nikt nie zrozumie kobiet.

- Faktycznie. – Gustav spojrzał w prawo. Po drugiej stronie ulicy kawałek przed nim, szła właśnie jakaś para. Zwrócił na nią uwagę, ponieważ od razu rozpoznał w dziewczynie osobę, którą właśnie omawiali – Anabell. A chłopak? Rudy, wysoki. Przypominał mu kogoś, ale kogo?
Po chwili dostrzegł butelkę wody w dłoni chłopaka, która zawędrowała nad głowę niespodziewającej się niczego dziewczyny i lecącą z butelki wodę wprost na głowę Czarnowłosej. Rozległ się krzyk.
- Harry! Zabiję cię!

- „Harry. Harry. Harry. Harry. Rudy Harry.” – myślał Gusti. Przyjrzał się uważnie chłopakowi, który właśnie zwijał się ze śmiechu po drugiej strony ulicy. – „Nieee. Jeżeli byłby to TEN Harry. Ten, który jest księciem Anglii to co robiłby przy boku An? Chyba że...ja pierdolę. Anabell. Kath, czyli Kathrin. Mieszkają w Bassenberg. Tron tam ma objąć niejaka księżniczka Anabell. Cassienhofen. Tam ma zasiąść księżniczka Kathrin. Obie są ze sobą zżyte, jak siostry. Wszystko się zgadza i składa w jedną całość. Muszę to powiedzieć chłopakom!”

- Georg! – podbiegł do chłopaka, który zdążył już odejść spory kawałek, nie zauważając, że stracił kolegę. – Nie uwierzysz, co odkryłem! – powiedział z entuzjazmem.

- Mam się bać? – Geo się zaśmiał, a Gustav'owi wpadła jeszcze jedna myśl do głowy.

- „Co jeżeli się mylę? Co jeżeli to nieprawda? Wyśmieją mnie. Muszę coś wymyślić. Muszę mieć dowody. Porządne dowody.”

- Halo, Gustav. Co odkryłeś? – Geo.

- Yyy. Kurna, zapomniałem. – zaśmiał się nerwowo.

- O-kej. Wracajmy lepiej już do hotelu. Świeże powietrze ci nie służy...


*
Nota długa-z powodu Mikołajek :). Nowy bohater został już umieszczony w podstronie O mnie. Dziękuję, Anabell :*.

komentarze [4]

Rozdział 13 "Z ochroniarza tragarz..." >> wtorek, 30 października 2007 12:33:13
by Kath


Mam już tego dosyć. Całe dnie aktualnie spędzałam na siedzeniu w pokoju, pykaniu na laptopie i graniu na gitarze. Czy tak mają wyglądać moje ostatnie takie wakacje?! Przyjechałam tu się bawić, a nie siedzieć bezczynnie, bo siedzieć to sobie mogę w pałacu. Już nawet tam czasami bywało weselej... I to wszystko przez to głupie TH! Nienawidzę ich! To właśnie przez Billa An cierpi! To oni popsuli te wakacje! NIENAWIDZĘ ICH!!! Skoro Anabel ich unika, ja też postanowiłam ich unikać – dla naszego wspólnego dobra, tak po prostu będzie dla wszystkich lepiej. Szczególnie, że nigdy za nimi zbytnio nie przepadałam. Jak na razie moje unikanie ich, ograniczało się do nieodbierana telefonu. Po co przy ostatniej wizycie oddałam mu komórkę tego jego braciszka? Gdybym nie oddała, przynajmniej nie mieliby mojego numeru... No cóż, trudno. Jeszcze jestem w stanie olewać czterech idiotów na niższym poziomie rozwojowym. Teraz najważniejsze, żeby jakoś się pozbierać, a potem jakoś pozbierać przyjaciółkę. To nie będzie wcale takie łatwe... Jakoś wreszcie muszę zacząć! Wiem, pójdę się jakoś odstresować. O tak... Szybko się ubrałam, gdyż dzisiaj mimo tego, że było już popołudniu, jeszcze nie chciało mi się ubrać i poszłam do Berniego. Zapukałam do jego pokoju i szef ochrony już po chwili mi otworzył.

-Witam, panienko. Co Jej Książęcą Mość do mnie sprowadza?

-Dzień dobry, Bernardzie. Chciałabym wybrać się dzisiaj na małe zakupy.

-Czy chce panienka jechać limuzyną?

-Nie, to wykluczone. Pojadę tym wypożyczonym Porshe. Chciałam tylko uprzedzić.

-Czyżby dzień dobroci dla zwierząt? – ochroniarz uśmiechnął się pod nosem. – Pierwszy raz na tym wyjeździe nas o czymkolwiek uprzedzacie...

-Jakoś tak wyszło. – odpowiedziałam uśmiechem na uśmiech.

-W każdym razie będziemy trzymać się na bezpieczną odległość.

-Jak zwykle...

Wróciłam do swojego apartamentu, spakowałam torbę i udałam się na parking przed hotelem. Wsiadłam do Porsche i pojechałam. Jak zwykle nie przejmowałam się ochroną i jechałam najszybciej jak mogłam. Nie zatrzymałam się jednak przed żadnym z tych ekskluzywnych centrów handlowych, do których zawsze chodziłyśmy z babcią przed jakimś oficjalnym spotkaniem. Przejechałam jeszcze parę przecznic i znalazłam się przed dziwnie wyglądającym budynkiem, zaparkowałam i udałam się do środka. Bardzo dobrze znałam to miejsce. To taki jakby olbrzymi, trzypiętrowy rockmetalshop, w którym można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie: płyty, ciuchy, instrumenty, dodatki i wiele innych drobiazgów. Czułam się tu zawsze świetnie i zawsze bardzo podobała mi się ta mieszanka ludzi tu przebywających. Zaczęłam od przeglądania płyt, potem przeszłam do ciuchów i dodatków. Jeden z niewielu razy w życiu stwierdziłam, że bycie księżniczką ma też swoje plusy – mogę sobie kupić wszystko, co chcę. W rezultacie zakupy zajęły mi ok. pięciu godzin. Już po pierwszej nosiłam za sobą taką stertę rzeczy, że zawołałam swojego ochroniarza stojącego w drzwiach, by mi pomógł – to chyba też plus bycia księżniczką: można sobie zrobić tragarza z ochroniarza... Po tych pięciu godzinach to łaziło za mną już trzech ochroniarzy, a kolejny stał w drzwiach i wszystkiemu się uważnie przyglądał. To musiał być chyba dość komiczny widok, kiedy już podeszliśmy do kasy. Sprzedawca wydawał mi się bardzo tym wszystkim zmieszany... Muszę przyznać, że był dość przystojny, wysoki brunet, długie włosy, brązowe oczy, w koszulce Metallici. Gdyby nie ci ochroniarze, to może bym jakąś przyjazną rozmowę zaczęła, a tak to nici – pierwszy tego dnia minus bycia księżniczką. Po odejściu od kasy, wszystkie rzeczy oddałam ochroniarzom, a sama wsiadłam do swojego samochodu i pojechałam do pizzerii, gdyż stałam się już potwornie głodna. Usiadłam przy stoliku w rogu, skąd widać było wszystko, co dzieje się w restauracji. Kiedy wybierałam rodzaj pizzy z menu, dosiadł się do mnie Berni, reszta ochroniarzy zajęła miejsca po drugiej stronie pomieszczenia.

-Widzę, że panienka dzisiaj naprawdę nic nie kombinuje... A ja się tu już spodziewałem podstępu.

-Dzisiaj możesz być spokojny. – odpowiedziałam.

-Kathrin, powiedz, co się dzieje. Jeśli myślicie, że nie zauważyłem, że jesteście dziwne, to się mylicie.

-Nic takiego, naprawdę. – eh, nigdy nie umiałam dobrze kłamać...

-Czy to ma związek z Tokio Hotel? Kiedy ich poznałyście? Ta historyjka o przyjaciołach z piaskownicy jest żałosna...

-Widzisz, to bardziej skomplikowane.

-Jak coś, to ja mogę się do nich przejść i sobie z nimi porozmawiać. Wtedy się już do was nie zbliżą.

-Nie! Tylko nie to. Oni nie wiedzą, kim jesteśmy i niech tak zostanie. Poza tym to delikatna sprawa.

-Dobrze, ale jakby coś, to wiecie, że możecie z tym do mnie przyjść.

-Wiemy, przez ostatnie lata zawsze mogłyśmy na tobie polegać. Dziękujemy.

-Nie bądźmy już tak sentymentalni. – twarz Bernarda rozpromieniła się. – Dzięki wam przynajmniej nie mogę stracić kondycji. Pamiętasz, jak musiałem cię ściągać z dachu? – szef ochrony roześmiał się, a ja z nim. – Cały czas nie mogę pojąć, jak tam wlazłaś.

-Ja też nie... Stałam na balkonie, a dalej już samo tak wyszło... – dalsza rozmowa polegała już tylko na wspominaniu różnych głupot, które kiedykolwiek zrobiłyśmy z An. Ogólnie było bardzo miło. Po posiłku wróciłam do hotelu, do swojego apartamentu. Po chwili ochroniarze przynieśli moje zakupy. Masa płyt, parę koszulek, naszywek, plakatów, pasek i tym podobne. Z jednej rzeczy byłam szczególnie dumna. Udało mi się znaleźć płytę Aerosmith, której szukałam już od dłuższego czasu i nigdzie jej nie było. Z tego, co wiem, An też jej szukała, bo to była jedyna Aerosmith, której jej brakowało. W pewnym momencie stwierdziłam, że tak właściwie, to nic mi po tej płycie, a jak dam ją przyjaciółce, to się ucieszy. Tak też postanowiłam zrobić. Szybko pognałam do apartamentu obok. Anabel właśnie czytała jakąś książkę. Ostatnio nie widywałyśmy się zbyt często i każda robiła jakieś głupoty u siebie.

-Cześć, byłam dzisiaj na zakupach i zobacz, co ci kupiłam.

-A witam. – przyjaciółka wzięła płytę do ręki. – Oooo, dzięki, nigdzie jej nie było. – jej twarz rozpromieniła się i moim oczom ukazał się widok rzędu równych ząbków.

-Widzisz, a ja ją wreszcie znalazłam. Ha! Jestem boska! – humor, który mi się dziaiaj wreszcie poprawił, zaczynał dawać o sobie znać.

-Pierwszy raz w życiu muszę przyznać ci rację... – siedziałyśmy i gadałyśmy już do końca dnia i przy okazji przesłuchałyśmy płytę. Coś czuję, że już wszystko odbiło się od dna i będzie tylko lepiej...

****
Witam.
Bardzo przepraszam za opóźnienie, ale mam totalne urwanie głowy teraz. Za długość też przepraszam, ale to taka szybka notka, bo chora jestem.
Kath

komentarze [4]

Rozdział 12 - Chciałabym wszystko wymazać z pamięci... >> sobota, 11 sierpnia 2007 11:22:48
By Anabel



Następnego dnia

Godzina 13. Razem z Kath siedziałam właśnie w Restauracji i jadłyśmy śniadanie. To znaczy, ja jadłam śniadanie, a ona już obiad. W pewnym momencie usłyszałam piosenkę Aerosmith. No tak. Zaczął dzwonić mi telefon. Bill.

- Że co znowu chciałeś? – odebrałam

- Jakie znowu? Straszna z ciebie maruda. – odparł z rozbawieniem

- Durniu do rzeczy. Jem śniadanie.

- Nie lubię cię. – sfochał się – Nasz menager kupił nam apartament w jednym takim fajnym budyneczku i musimy się tam przenieść. Możemy liczyć na waszą pomoc?

- Nie musisz mnie lubić. Mogę pomóc, nie wiem jak Kath. O ile nie będę musiała nosić żadnych regałów... A gdzie to w ogóle jest? Wiesz. Będę musiała się jakoś wywinąć ochroniarzom...

- To jest dokładnie naprzeciwko. – odłożyłam słuchawkę od ucha i zasłoniłam mikrofon telefonu

- TH wprowadza się do budynku naprzeciwko. – zwróciłam się do Kath

- Muszę sobie wyrobić patent na zabijanie. Powybijam wszystkich takich ludzi, jak Szanowny Pan Debil Kaulitz.

- Jesteś okropna. – zaśmiałam się i zapomniałam o telefonie

- Czemu ty go tak nie lubisz?

- Bo jest głupi, debilny, zbyt pewny siebie, głupi, idiotyczny, chamski i wygląda jak baba. – skończyła wyliczankę.

- Z tą babą to chyba się pomyliłaś. To raczej braciszek tak wygląda... – zaśmiałam się

- Haaaaaaaaaalo!! Ja tutaj nadal jestem!! I nie wyglądam, jak baba!! – odezwał się głos w słuchawce, a ja zrobiłam przerażoną minę

- No odezwij się do swojego kochaneczka... – Kath

- On nie jest moim kochankiem! -krzyknęłam

- Jeszcze... – powiedziała Kath, poczym usłyszałyśmy śmiech ze słuchawki

- Zabiję cię kiedyś! – wysyczałam do niej

- Tym bardziej muszę sobie zrobić patent na zabijanie. Muszę się bronić. – pokazała dwa rzędy równiutkich zębów

- Czasami mam cię dosyć.

- Też cię kocham. Ale ten kochanek, chyba jeszcze bardziej. – wystawiła mi język, a ja wróciłam do rozmowy z Billem

- Co zrobisz jeżeli powiem, że też cię kocham? – zapytał

- Rzucę się z mostu!

- W takim razie ty nic nie rób, a ja cię nienawidzę, ok? – odparł

- Ok. To o której się spotykamy?

- Przyjdę zaraz po ciebie.

- Jakby co, to jestem w Restauracji. Ochroniarzowi pilnującemu wejście, po prostu się przedstaw.

- Dobra. To na razie.

- Pa. – odłożyłam słuchawkę i powróciłam do jedzenia.

- An. Czy będzie tutaj za chwilę tylko Bill, czy przylezie z nim też jego kopia?

- Nie wiem. A co nagle tak cię interesuje, co? – grzebałam w jedzeniu. Straciłam apetyt.

- Nie obrażaj się. Przecież wiesz, że ja nie miałam nic złego na myśli.

- Tak. Ty zawsze nie masz nic złego na myśli. Tylko dlaczego później wszystko się przez to psuje?! – wstałam gwałtownie, przewracając krzesło – Nie chcę już jeść. Przeproś Billa, ale nie mam ochoty z nikim teraz przebywać. Na razie. – i wróciłam do pokoju.
Nie wiem, dlaczego się tak uniosłam. Zwykle obróciłabym wszystko w żart. A teraz? Teraz, jakby coś we mnie pękło. Wyszłam na balkon i usiadłam na leżaku, który tam stał. Kilka łez zaczęło spływać mi po policzkach. Słońce świeciło wysoko, muskając lekko moją twarz promieniami.

- An, co się z tobą dzieje?! – mówiłam do siebie. Wróciłam do pokoju i stanęłam przed szafką, nad którym wisiało lustro. Patrzyłam się w nie i zaczęłam wszystko jeszcze raz składać w całość. Ostatnio za każdym razem, gdy Kath powiedziała coś złego na temat Billa, czułam się tak, jakbym miała się na nią za to rzucić. Zakochałam się? Nie. To jest niemożliwe. Nie mogę się w nim zakochać. Jestem księżniczką. Niedługo królową. Nie mogę. Nie mogę. Nie...na pewno? Ale za każdym razem, gdy go widzę. Co by się nie działo na moją twarz wchodzi szeroki uśmiech. Gdy jestem blisko, gdy go dotykam, czuję przeszywające mnie ciepło. Przyjemne ciepło. Potrząsnęłam szybko głową. Nie mogę się w nim zakochać. A co, jeżeli już jest po wszystkim? Co jeżeli moje serce już należy do niego? Muszę z tym skończyć. Tylko jak?

- An, otwórz. Co się dzieje? Bill się o ciebie martwi. Szczerze mówię. – usłyszałam głos Kath za drzwiami, ale jej przerwałam

- Nic mi nie jest do cholery! Powiedz mu, aby więcej nie przychodził, nie dzwonił, nie pisał... – z każdym wypowiedzianym słowem czułam jakiś dziwny ból. Nie, to nie był ból fizyczny. Raczej psychiczny. Machnęłam szybko ręką rzucając tym samym szklanym wazonem, który stał na szafce w drzwi. Momentalnie rozsypał się na maluteńkie kawałeczki. Tak, jak moje serce. Ono było sprawcą bólu.

- Anabel. Otwórz natychmiast! Co ty tam robisz? Boję się o ciebie! – przyjaciółka dobijała się do drzwi, jednak bezskutecznie.

- Proszę. Zostaw mnie. Chcę być sama. – otworzyłam delikatnie drzwi i powiedziałam, nie patrząc na jej twarz

- Nie zrobię tego. Nie zostawię cię samej. Boże, An. – szybko przytrzymała drzwi i mocno mnie przytuliła – Co tu się stało?

- Nic. Wazon wyślizgnął mi się z rąk. – oderwałam się od niej i usiadłam na łóżku

- Tak to mogłabyś powiedzieć babce. Ale nie mi. Powiedz mi, co się z tobą dzieje. – usiadła obok mnie i czekała

- Nic się ze mną nie dzieje. Czasem człowiek musi uwolnić swoje emocje. A niestety tym razem trafiło na ciebie i na wazon. Przepraszam.

- Emocje? Nie uwierzę ci w żadne tego typu wymówki. Czemu nie chcesz widzieć Billa? Zrobił coś?

- On? Chyba tylko to, że pojawił się w moim życiu. – burknęłam

- Co jest? Przecież dogadywaliście się. A z niego jest nawet fajny chłopak. Nie to, co jego nieudolny brat.

- Ty nic nie rozumiesz! – wstałam i krzyknęłam

- No to proszę. Wytłumacz mi to. – patrzyła się na mnie

- Po co? To i tak nie ma żadnego znaczenia. – skierowałam się w kierunku wyjścia z mojego pokoju. Jednak zaraz przed drzwiami, Kath złapała mnie za rękę.

- Nie uciekaj, tylko mi powiedz!

- Kocham go! Rozumiesz?! Zakochałam się w nim! Kocham... – po moim policzkach znowu zaczęły spływać łzy

- Ale miłość to jest wspaniałe uczucie.

- Nie dla nas. Ja będę królową, a on jest i będzie zwykłym muzykiem. Ja i on to jest coś niemożliwego!

- Nie żyjemy już w IX wieku.

- My nie. Ale nasza babcia tak. I nasz ród ma w całej historii, małżeństwa wyłącznie czystej krwi.

- Co zamierzasz? – spojrzała mi w oczy. Zamilkłam na chwilę.

- Nigdy więcej nie spotkam się z żadnym z członków Tokio Hotel. Mogłam się zakochać, to mogę też się odkochać.

- A on? Pomyślałaś o tym, że on nie wie, co się dzieje i z pewnością będzie cierpiał?!

- Lepiej, żeby cierpiał teraz, niż wtedy kiedy zasiądę na tronie i dowie się o wszystkim.

- Powiem ci tylko jedno. Cholernie, źle robisz. Ale jesteśmy, jak siostry i co by się nie działo jestem z tobą. Pamiętaj tylko o tym, co ja o tym sądzę. – przytuliła mnie

- Dziękuję. Ale zobaczysz. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. – Kath po chwili wyszła i zostawiła mnie samą. Po rozmowie z nią trochę lepiej się czułam. No właśnie, tylko trochę.
Reszta dnia minęła strasznie powoli. Obie siedziałyśmy w swoich pokojach i wychodziłyśmy tylko na jedzenie. Komórkę wyłączyłam. Zaraz po kolacji, umyłam się i poszłam spać. Chłopaki będą mieszkać naprzeciwko. Trudno będzie ich unikać. Ale nie myślę już o tym. Przestaję w ogóle myśleć, o istnieniu czterech chłopaków. Nie mogę o nich bez przerwy myśleć, bo nigdy nie zdołam ich wymazać z pamięci.


***
Wiem. Krótkie i smutne. Ale tak musi być. Całe opowiadanie nie może opierać się tylko na kawałach. Pozdrawiam.
komentarze [12]

UWAGA!!! >> środa, 1 sierpnia 2007 12:53:57
Chciałybyśmy ogłosić, że mamy do przekazania w dobre ręce bloga IAKKI iakka_th_story.
Opowiadanie liczy sobie dobrze ponad 100 odcinków i czasy jego świetności minęły, lecz z uwagi na to, co było, chciałybyśmy, żeby trwało dalej i ktoś je do tej świetności przywrócił.
Jeśli ktoś jest zainteresowany, niech pisze na nasze gadu. Kath - 4983976, Anabel - 2684170.
Pozdrawiamy,
K&A.
komentarze [3]

Rozdział 11 "Eh, zaklinowałaś się... " >> sobota, 7 lipica 2007 15:51:03
By Kath.


Trochę posiedziałam w barze, wypiłam ze 2 drinki i stwierdziłam, że starczy. Nigdy nie lubiłam się ubijać. Tak tylko bydlęta robią. A pan Kaulitz jest tego najlepszym przykładem. Powoli wróciłam na górę. Po naszych ochroniarzach jeszcze śladu nie było:P Weszłam do pokoju i nawet nie zapalając światła udałam się do łazienki, gdzie zrobiłam sobie długą, relaksującą kąpiel z dużą ilością piany. Gdy skończyłam, ubrałam się piżamę, za którą robiła mi olbrzymia czarna koszulka i szorty i poszłam do sypialni. Od razu rzuciłam się na łóżko i...

-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!! – krzyknęłam, gdyż w tym łóżku już ktoś spał. Zerwałam się na równe nogi i zapaliłam światło. Tam w najlepsze spał sobie półnagi pan Kaulitz...

Chwila!!!
Kaulitz?!?!?!
Półnagi?!?!?!
Spał?!?!?!
NIE!!!!!!!! Tylko nie to!!!!!!

Skąd on się tu wziął?! Przecież ostatnio spał spity na stole! Sam by tu nie doczłapał... Tak, to na pewno An! Ona musiała mieć z tym coś wspólnego! I co ja mam teraz niby zrobić?! Nie zamierzam spać w z nim, a nawet w tym apartamencie! A co jeśli mnie zgwałci?! Chociaż, nie. Nie byłby do tego zdolny. Na nic nie reaguje, nawet jak na niego skoczyłam, to się nie obudził. A co jeśli jednak? Lepiej tu nie spać. To gdzie mam spać?! Szybko pobiegłam do pokoju An w nadziei, że pół jej łóżka będzie wolne... Niestety się pomyliłam, bo tam razem z nią spał drugi pan Kaulitz. Co się już na tym świecie porobiło?! Jakiś wysyp klonów czy co?! Miałam już tego wszystkiego dosyć! Byłam zmęczona, nie miałam łóżka i na dodatek % zaczynały mi uderzać do głowy... W końcu się tak wkurzyłam, że wwaliłam się między tę dwójkę do łóżka, nieźle się rozpychając. A co mi tam i tak się nie obudzili:P Widocznie ten cały Billuś ma tak samo mocny sen jak Anabel. Ej, czy ja śpię obok niego?! Niestety... Oj, już trudno! Ważne, że nie koło tego zboczeńca, makarona i debila! Po kilku chwilach zasnęłam, ale dalej byłam zdenerwowana, nawet we śnie.

Obudziłam się, bo ktoś mnie dusił. Próbowałam się zorientować, o co chodzi. Było już jasno, a ściskał mnie przez sen ten cholerny Czarnuch. Cudownie! Tylko tego mi brakowało... Zwiałam od jednego zboczeńca, żeby wpaść na drugiego... Próbowałam się mu jakoś wyrwać, ale trzymał mnie mocno. W końcu zaczęłam się tak rzucać, że się obudził. Szamotaliśmy się, zupełnie nie wiem po co.

-A skąd ty się tu wzięłaś?!

-Musiałam gdzieś spać, skoro ten twój braciszek zajął moje łóżko!

-I musiałaś się akurat tu wepchać?!

-Innej opcji nie miałam! Chociaż teraz wolałabym już spać na podłodze, a nie być molestowana!

-Co?! Czyżbyś twierdziła, że ja cię molestowałem?!

-TAK! Bo kto mnie trzyma, jak się budziłam?!

-Ja?! To niemożliwe!

-Możliwe, możliwe... – cały czas się rzucaliśmy, aż w pewnym momencie zepchnęliśmy biedną Anabel w maleńką szparę między łóżkiem a ścianą. W tym czasie się obudziła i zaczęła wrzeszczeć. Tak samo jak my chwilę wcześniej nie wiedziała, co jest grane.

-Ej, wyciągnijcie mnie stąd!!! Aaaa!

-Dobra, poczekaj chwilę! – powiedziałam.

-Kath?! A skąd ty się tu wzięłaś?

-Musiałam gdzieś spać, skoro do mojego łóżka wepchnęłaś tego Makarona.

-Ej, nie wyrażaj się tak o moim bracie!

-A niby dlaczego?

-Bo tak!

-Jesteś okropny!

-Ty też!

-Dobrze, oboje jesteście okropni! A teraz mnie stąd wyciągnijcie, bo mi niewygodnie. – nagle An.

-Tylko on jest okropny!

-Nie, to ona!

-On!

-Ona!

-On!

-Ona!

-On!

-Możecie wreszcie przestać?!

-NIE!!!

-Błagam, to chociaż mnie stąd wyciągnijcie, a potem kłóćcie się dalej... Ja tu zaraz zejdę.

-Dobra, daj rękę, to cię podniosę. – powiedziałam, po czym złapałam przyjaciółkę za rękę i pociągnęłam.

-Ałłłłłłłłłł!!!!! Przestań!

-Eh, zaklinowałaś się... – stwierdziłam.

-I co teraz?! To wszystko przez was!!! – przyjaciółka zaczęła się denerwować.

-To przez nią!!! – krzyknął Bill. – To ona się nam do łóżka wepchała!!!

-Nie, to przez niego!!! – broniłam się. – Bo to on mnie molestował!!!

-O Matko!!! Jak w tym momencie nie przestaniecie się kłócić, to wam coś obojgu zrobię!!!

-A niby jak? Skoro zza łóżka wyjść nie umiesz... – zauważyłam.

-Dlaczego ty się zawsze tak czepiasz?

-Eeeee, bo jestem wredna?

-Tak! Tak! Tak! – odezwał się ten głupek (w sensie, że Bill).

-Bill, nie ciesz się jak jakiś debil, a lepiej odsuń to łóżko, żebym mogła wyjść! – teraz An to już była nieźle wkurzona. Czarnowłosy zabrał się za przesuwanie ciężkiego, drewnianego łóżka, ale coś mu nie wychodziło. Poza tym przysuwał je do ściany, a nie od niej odsuwał... – Przestań!!! Chcesz mnie zgnieść czy co?! Miałeś je odsunąć!!!

-Aaaa, to sorry, pomyliłem się...

-Debil... – szepnęłam pod nosem.

Po kilku minutach akcja: „wyciąganie An” zakończyła się sukcesem. Wtedy dopiero pomyślałam, żeby spojrzeć na zegarek. 10:49. Doszłam do wniosku, że trzeba wrócić do swojego apartamentu, ubrać się i iść na śniadanie. Tak właśnie postanowiłam zrobiłać, a Dred na szczęście jeszcze spał. Jak tylko się obudzi, to trzeba będzie go wywalić. Na razie jednak się zbytnio tym nie przejmowałam, a raczej starałam się dojść do równowagi psychicznej, którą zaburzyła wizyta Kaulitzów. Udałam się do garderoby. Na zwykłym człowieku pewnie zrobiłaby wrażenie, bo była wielkości sporego pokoju. Całą jedną ścianę zajmowały lustra, a resztę najrozmaitsze szafy, szafki i półki. W moim przypadku i tak większość była pusta... Ciuchy, które przywiozłam mieściły się w tylko jednej szafie, bo co mi więcej? Kilka par spodni, trochę tiszertów, 2 kurtki, 2 pary butów i oczywiście jakieś dodatki. W drugiej szafie były ubrania eleganckie, które z Anabel nazywałyśmy ‘służbowymi’ i które kupiłam podczas wizyty babci. Nie wiem tylko, dlaczego babcia przywiozła wtedy cześć klejnotów królewskich i je nam zostawiła... Chyba nie myślała, że będziemy w nich chodzić na co dzień. Szpanować nimi też nigdy nie zamierzałam. Po krótkim zastanowieniu z pierwszej szafy wyjęłam oliwkowe bojówki, szarą bluzkę na szerokie ramiączka i trochę różnych ozdóbek. Ubrałam się i jak zwykle zaczęła się zabawa pt.: „szukanie drugiego glana”. Zawsze wieczorem lub już w nocy muszę je gdzieś posiać, a że apartament jest dość spory, to zwykle szukanie trwa dość długo. Najgorsze, że jak już znajdę 2 buty, to okazuje się, że są nie do pary, a na dodatek oba lewe czy prawe... Bo jakby był jeden prawy, a drugi lewy, to nie miałabym oporów, żeby założyć 2 różne. Skarpetek nigdy nie mam do pary. Wreszcie jakoś znalazłam oba glany w łazience. Oczywiście byłam za leniwa, żeby je wiązać i dlatego, wchodząc do windy, prawie się zabiłam. To już dla mnie normalka. Wreszcie jakoś doczłapałam do restauracji, gdzie zamówiłam późne śniadanie składające się z omleta i soku pomarańczowego, bo na więcej po takiej męczącej nocy nie miałam ochoty. Szybko spożyłam posiłek. Stwierdziłam, że wrócę na górę po schodach w ramach dbania o kondycję. Dopiero teraz zauważyłam, że nasz hotel był olbrzymi. Wchodziłam po tych schodach i wchodziłam i nie mogłam dojść. Jakoś w połowie zrezygnowałam z planu dbania o kondycję i pojechałam windą. Przecież nie będę się przemęczać. Już na górze na korytarzu spotkałam Berniego. Nieźle musiałam się z tego tłumaczyć, że wyszłyśmy z kina przed końcem seansu... Na szczęście jakoś uwierzył, że wyszłyśmy, bo nie mogłyśmy znieść tego napięcia „Mody na sukces” i cały czas ryczałyśmy, a potem od razu wróciłyśmy do hotelu i poszłyśmy spać... Już w swoim apartamencie złapałam za gitarę i zaczęłam grać wszystko, jak leciało. Powoli odpływałam...

U TOMA
Chłopak spał jak zabity. Nagle z upojnego snu wyrwał go jakiś hałas. Powoli otworzył oczy. Pierwszą rzeczą, o której pomyślał, była jego głowa. Bolała go niewyobrażalnie. Dopiero potem zauważył, że tak właściwie nie wie, gdzie jest. Tym akurat bardzo się nie przejął, bo już się do tego przyzwyczaił. Zwykle tylko przy jego boku leżała jeszcze bardziej skacowana od niego dziewczyna. Zwykle wychodził, po tym jak wziął od niej numer telefonu, z którego i tak nie zamierzał skorzystać. Bo nie zamierzał wiązać się z żadną dziewczyną na dłużej niż na jedną noc. W ogóle nie rozumiał, po co ludziom poważne związki. Dredowaty rozejrzał się wkoło. Coś było nie tak. Jego ubrania leżały starannie złożone na fotelu w przestronnej sypialni, jak mu się zdawało, jakiegoś drogiego hotelu. Poza tym nie było żadnego śladu, który wskazywałby, że spędziła w niej noc jakaś druga osoba. W końcu Tom postanowił się ubrać, dowiedzieć się, co się dzieje i załatwić jakieś tabletki na ból głowy. Gdy był już gotowy, usłyszał ostre dzwięki gitary dochodzące zza drzwi. Zatrzymał się, żeby posłuchać. W erze, kiedy na gitarze gra każdy bez względy na to, czy mu to wychodzi, czy nie, te dźwięki były balsamem dla jego ucha. Bardzo chciał zobaczyć osobę, która grała. Już nawet teraz, nie znając jej, darzył ją dużym szacunkiem i sympatią. Delikatnie otworzył drzwi i ujrzał Kath? W pierwszym momencie w to nie uwierzył, bo nie myślał, że amatorka może tak grać... Ale potem był już tego pewien. Dziewczyna była odwrócona do niego tyłem, dlatego go nie zauważyła. Poza tym za bardzo była zajęta graniem. A on tam stał i słuchał jak zahipnotyzowany. Zastanawiał się tylko jeszcze, czy się z nią przespał czy nie...

ZNOWU U MNIE
Grałam i grałam. Zawsze mnie to uspokajało i relaksowało... Wreszcie stwierdziłam, że na razie starczy, bo zaschło mi w gardle. Odłożyłam Freddiego na kanapę i skierowałam się w stronę barku po colę. Wtedy właśnie zobaczyłam stojącego w drzwiach sypialni Kaulitza. Gapił się na mnie, a gdy spostrzegł, że go zauważyłam, podszedł i usiadł na kanapie. Co za bezczelność! Teraz będę musiała kanapę dezynfekować, bo o łóżku to już nie wspomnę...

-Wiedziałem, że amatorką jesteś. Dużo takich w dzisiejszych czasach. Chwalą się, że grają, a nic nie umieją. – zaczął. Bezczelny.

-No i co z tego?

-Jak chcesz, to mógłbym ci udzielić paru lekcji...

-Nie dzięki, obędzie się bez tego. – wreszcie wyjęłam szklankę i nalałam sobie coli.

-Ooo, masz colę. Mogę.

-Taaa. – jemu też nalałam. Nie wiem, dlaczego jeszcze jestem dla niego taka miła.

-A dlaczego stoisz? Nie możesz usiąść koło mnie?

-Nie. – nastała cisza, której wcale nie miałam ochoty przerywać. Nagle usłyszałam głośne pukanie do drzwi.

-Panienko Kathrin, proszę otworzyć! To ja, Bernard!

Nieźle się przeraziłam, przecież on nie może tu zobaczyć tego debila! Trzeba go gdzieś schować!

-Tom, debilu, szybko! Do łazienki!

-Jaki debilu?!

-Oj tam, trudno! Do łazienki! Zrozumiałeś?!

-Tak już idę...

Gdy Dredowaty się już schował, otworzyłam Berniemu.

-Czy wszystko w porządku? – zapytał ochroniarz.

-Tak, wszystko w porządku...

-No to dobrze, wracam do siebie. Jakby panienka chciała gdzieś jechać, proszę wcześniej do mnie przyjść.

-Tak, tak wiem.

Ufff, jakoś poszło. Udałam się do łazienki, żeby wyciągnąć z niej Toma. Ten Mop siedział tam na podłodze i grzebał w mojej kosmetyczce... Cham.

-O, to jednak jesteś dziewczyną... – stwierdził, po czym wyjął podpaski. Znowu zaczynałam się denerwować.

-Zostaw to!

-Dobra, dobra, tylko spokojnie...

W końcu złapałam go za rękę, pociągnęłam do salonu i kazałam czekać, aż wrócę. Udałam się do An, która w najlepsze gadała z Czarnuchem.

-Ej, weź zabierz ode mnie tego swojego brata! - powiedziałam

-A już wstał?

-Na moje nieszczęście tak...

-No dobra, to my się zmywamy.

-Nie! – obie wrzasnęłyśmy.

-Dlaczego?

-Bo nasi ochroniarze was nie mogą zobaczyć! – odpowiedziałam.

-A dlaczego?

-Bo nie!

-Ale co w tym złego, że tu byliśmy?

-Dużo!

-Ja tam tego nie rozumiem... Czy znajomi nie mogą już was tak po prostu odwiedzić?

-To trochę bardziej skomplikowane niż się wydaje... – głos zabrała Anabel.

W końcu wróciłam do siebie, sprawdzając przy okazji, czy któryś z goryli siedzi na korytarzu. Na szczęście tak nie było. Szybko przepchnęłam Mopa ze swojego apartamentu do apartamentu Anabel. Tam, korzystając z okazji, Czarna Szmata zaczął tłumaczyć swojemu klonowi, jak znalazł się w moim pokoju. Eh, jacy oni głupi są... Gdy z An już 100 razy upewniłyśmy się, że nikt nie widzi, odprowadziłyśmy Kaulitzów do windy i potem każda wróciła do siebie. Prawdę mówiąc, na nic nie miałam ochoty. Siedziałam i gapiłam się w TV bez żadnego celu. Dopiero wieczorem podczas nagłego ataku głodu zeszłam na jakąś lekką kolację. Po posiłku jeszcze trochę grałam na gitarze i postanowiłam się położyć. Miałam szczęście, że obsługa hotelowa zdążyła zmienić pościel. Już zasypiałam, kiedy usłyszałam dzwonek telefonu. Ale to nie był mój telefon... Cholera!!! Kaulitz zostawił swój na nocnym stoliku... Teraz będzie miał tylko pretekst, żeby tu wrócić... Wyłączyłam dzwoniący przedmiot i wróciłam do spania.

********
Wreszcie skończyłam! Oł jee! xD Mam nadzieję, że nota się wam podoba. Komentujcie.

komentarze [7]

Rozdział 10 - "Wlazł kotek na płotek..." >> piątek, 29 czerwca 2007 23:13:48

By Anabel


Kilka godzin przygotowywałam Kath do wyjścia na spotkanie z Tomem. Toczyła się istna wojna z ciuchami, kosmetykami i marudzeniem przyjaciółki. Przez długi czas przeglądałam jej ubrania i stwierdziłam, że tam jest dużo, dużo, dużo, dużo, dużo, dużo i NIC. Wszystko ograniczało się na ciemnych kolorach, bojówkach, zwykłych tiszertach, glanach, skórzanych kurtkach i na szarym końcu paru eleganckich strojach ‘służbowych’. Kłóciłam się z nią i kłóciłam, aż w końcu wykłóciłam. Przytargałam ją do swojej szafy. Wtedy zaczęła się katastrofa.

- To może to? – wyjęłam jakąś spódnicę, w którą szczerze mówiąc wzięłam ze sobą do Berlina, ale wcale nie zamierzam jej już nigdy założyć

- Biała mini? Nie.

- A to?

- Też nie.

- To?

- Nie... – taka rozmowa trwała coś koło 40 min.

- Weź się do cholery wreszcie na coś zdecyduj!

- Ale tu nie ma nic normalnego.

- Jest.

- Nie ma.

- No dobra, to założysz to, to i to.

- Ale tu przecież nic nie ma... – Kath spojrzała na czarną mini, buty na wysokim obcasie i czerwoną bluzkę z dużym dekoltem. – Ja się w tym będę czuła jak naga.

- Przyzwyczaisz się.

- Nie sądzę.

- Ty tu nie jesteś od sądzenia :P – rzekłam i wygnałam ją do łazienki. Po kilkunastu minutach wyszła z wielkim grymasem na twarzy i zaczęła się wyrzekać, że w tym nigdzie nie pójdzie. Jednak ja jej nie słuchając, stwierdziłam, że ubrania są wybrane i kazałam jej pójść przebrać się w swoje ciuchy i zacząć myśleć o ucieczce od ochroniarzy. W takiej sytuacji po jakiejś pół godzinie wymyśliłyśmy, aby zabrać naszych ‘opiekunów’ na bardzo długi maraton pt.: „Noc z Modą na Sukces”. Oczywiście poleciałyśmy od razu do Berniego, aby zaprezentować mu nasz przecudowny pomysł na spędzenie wieczoru. I tak pojechaliśmy do kina. Film się zaczął, a po jakichś 40 minutach ochroniarze spali, a my z łatwością wydostałyśmy się na zewnątrz. Powróciwszy do hotelu Kath się przebrała, a ja jej zrobiłam makijaż. O godzinie 19:58 była gotowa i z wielkimi obawami, czy aby na pewno nie wyglebie się na środku chodnika poszła na umówione miejsce z Tomem. I tak zostałam sama. Wróciłam do swojego pokoju. I zaczęłam się potwornie nudzić. Nie zostało mi nic innego, jak wziąć laptopa i porobić coś bardziej ciekawszego niż chodzenie od jednej ściany do drugiej. Słuchałam muzyki, grałam w jakieś gierki, przeglądałam przeróżne stronki, aż ok. 22:30 wróciła Kath. Pogadałyśmy chwilę, opowiedziała swój perfidny, dobrze wykonany plan na Toma i z zamiarem pójścia do hotelowego baru wyszła. W pewnym momencie zadzwonił mój telefon. Znowu numer zastrzeżony.

- Taaaaaaaaaaaaaak. – odebrałam

- Nie ma co. Fajnie witasz rozmówcę. – poznałam ten durny głos, Bill.

- To zaczniemy jeszcze raz. – ze śmiechem rozłączyłam się i poczekałam, aż chłopak zadzwoni ponownie. Tak się stało. – Witaj, mój kochany książę z bajki. Dobrze, że zadzwoniłeś, bo jeszcze trochę, a umarłabym z tęsknoty za tobą.

- Ooo. To mi się podobało... – zaśmiał się.

- No to teraz mów, czego chcesz.

- I znowu popsułaś...

- To zaczynamy jeszcze raz...?

- Nie. Nie trzeba. Bo w końcu do niczego nie dojdziemy, moja kochana.

- Taaa

- Mam takie trochę głupie pytanie.

- Taaa?

- Mój Boże, jaka z tobą inteligentna rozmowa.

- Taaa

- Nie wytrzymam zaraz!

- Taaa?

- Padnę!

- Taaa? To padaj.

- Taaa?!

- Taaa

- Taaa!

- Papuga! – krzyknęłam.

- Taaa

- Taaa?

- Widziałaś gdzieś Toma?

- Taaa, siedzi pod moim łóżkiem i śpiewa ‘wlazł kotek na płotek’.

- Co?!

- Taaa

- An, nie żartuj!

- Nie krzycz na mnie.

- Przepraszam. Tom naprawdę jest u ciebie?

- Ten zboczuch?! Prędzej bym padła, niż go przetrzymywała u siebie w pokoju. Ale wiem gdzie jest.

- A można wiedzieć gdzie?

- A może można, a może nie można.

- Taaa?

- Taaa!

- To?

- Siedzi lub już leży, śpiąc, przy jednym ze stolików w klubie Glamourous.

- Jak to?! – chyba lekko się przeraził

- Po prostu. Był z Kath na randce i się spił. A że ona nie jest tragarzem to go zostawiła, bo nie lubi spać na stole. Koniec bajki.
- To horror, a nie bajka!

- A nie wiem. Nigdy nie rozróżniam.

- Ale to szczerze tam siedzi?

- Albo leży. Przecież ja go nie widzę teraz. Jak dla mnie to może nawet w tym momencie robić fikołki!

- Tom nie umie robić fikołków.

- To pajacyki!

- Pajacyków też nie, bo jak je robi to zawsze się w głowę wali rękami.

- No to...przysiady.

- Nie. Ma za szerokie spodnie. Raz założyliśmy się o coś i musiał zrobić, to mu się spodnie zaplątały.

- W takim razie na pewno gra w szachy.

- Za głupi jest na szachy – i w tym momencie wybuchłam śmiechem - Ładnie się śmiejesz. – jeszcze bardziej się śmiałam

- Wiesz co? Tom na pewno łowi ryby.

- W drinkach? To chyba jakieś oliwki, czy coś.

- A bo ja wiem. Nie znam się na rybach!

- Oliwka to owoc!

- A. W takim razie musi spać.

- Niestety. Podaj mi jeszcze raz nazwę tego klubu, bo muszę Toma zholować stamtąd.

- Glamorous. Powodzenia życzę.

- Taa...dzięki. Mam tylko nadzieję, że nie jest tak pijany i nie zacznie mnie całować, tak jak już kiedyś było.

- Fakt, podobny jesteś do dziewczyny.

- Tak, a najbardziej w portkach.

- Ha! Wiedziałam! Muszę zadzwonić do gazet!

- Jestem chłopakiem! Chcesz sprawdzić?

- Panie Billu... Jak ty masz na nazwisko?

- Już myślałem, że mnie już nigdy nikt o to nie zapyta.

- No widzisz. Masz gwiazdkę dzisiaj.

- Taaa. Kaulitz. Bill Kaulitz.

- Tak więc. Panie Billu Kaulitz składa mi Pan niemoralne propozycje.

- Eee tam. Ja jestem grzecznym chłopcem.

- O ile w ogóle jesteś chłopcem.

- Kończę już, bo ty chyba śpiąca już jesteś.

- Ja? Gdzie tam. Zaraz jeszcze na jakąś imprezkę wypadnę. – zaśmiałam się

- Nie!

- Czemu?

- Bo muszę gdzieś przynieść Toma.

- Ale co ja mam z tym wspólnego?

- To, że przyniosę go do ciebie. – zaśmiał się

- O mój boże. Czemu?!

- Bo nie ma dżemu!

- A Nutella jest?

- Też nie ma. Muszę Toma przynieść do ciebie, bo u nas go jeszcze paparazzi przyuważą. A to będzie masakra.

- Nie podoba mi się to.

- Oj tam. Będzie grzecznie spał w wannie.

- I przy okazji mnie zgwałci.

- Prędzej ja cię zgwałcę za te wyzwiska, niż on po pijaku. Gdy Tom jest pijany to jest na ogół grzeczny. Czasem tylko całuje wszystko co popadnie. Na przykład raz... – no i się zaczęła opowieść - ...gdy był pijany zaczął się z własną ręką całować, bo mu przeszkadzała.

- Tym bardziej boję się o siebie.

- To ja go przypilnuję.

- I przy okazji zgwałcisz, tak?!

- Własnego brata?! Proszę cię, to się robi niesmaczne.

- Dobra, nie o to mi chodziło, ale już nie ważne.

- A. Ciebie, tak? Ciebie to oczywiście, że tak.

- A idź szatanie!

- Od razu szatanie. Dobra, teraz to ja naprawdę kończę, bo on zacznie naprawdę coś tam robić. Na razie.

- Taaa... Pa. – i się rozłączyłam. Gadałam z nim dobre pół godziny, ale zrobiło mi się wesoło. Ze względu na godzinę poszłam się szybko umyć i ubrać w piżamę, poczym usłyszałam dzwoniący telefon hotelowy. Okazało się, że to Bill. Po chwili, razem ze swoim kochanym braciszkiem pod rękę wszedł do mojego pokoju.

- Nieźle się urządził. – stwierdziłam

- Ale przynajmniej jeszcze nie całuje...

- Rzeczywiście...

- To gdzie go położyć, bo mam już dość obmacywania...

- Jak to obmacywania?

- No przecież ten dureń maca mnie wszędzie, gdzie mu tylko ręka poleci... – wyjaśnił lekko wkurzony, za to ja podeszłam do Toma i pomogłam Billowi doprowadzić go do mojego łóżka.

- On tutaj nie może spać... – nagle Bill się odezwał

- Czemu?

- Bo w takim razie będzie musiał spać z tobą i zacznie cię molestować – zaśmiał się

- No tak. Zawsze wiedziałam, że pijanym ludziom mózg zmniejsza się do rozmiarów rodzynka, ale w sumie i tak nie miał tu spać.

- A gdzie?!

- Kath pozwoliła mu się tak spić, więc będzie z nim spała. Proste. Przenieś go tam. – orzekłam i udaliśmy się do apartamentu obok.

- Tutaj? – Bill

- Tak. Zdejmijmy mu buty i tę cholerną czapkę. Żeby się chłopak nie zabił przypadkiem.

- To ja go rozbiorę do końca, żeby w ubraniu nie spał.

- Co?

- O matko. Nie do końca, końca, ale do końca.

- Aha. Do końca. Rozumiem... – wyszłam z pokoju ze stwierdzeniem w głowie, że bracia Kaulitz nie mają w mózgu kilku klepek. Po paru minutach do pokoju wrócił także Bill.

- To gdzie ja śpię? – zapytał zainteresowany

- U siebie w hotelu!

- Nie mogę go tak samego zostawić. A przecież raz mogę przenocować u ciebie...

- To nie jest dobry pomysł.

- Dlaczego?

- A gdzie będziesz spał?

- Przecież masz dwuosobowe łóżko.

- Niech ci będzie. Ale bez obmacywania!

- Oczywiście. Zgwałcę cię, ale cię nie będę macał. Zgoda?

- Taaa.

- Nie zaczynaj!

- A co ja robię? Nic. Tak więc idę spać. A ty rób, co chcesz. – i tak jak powiedziałam, tak zrobiłam. Położyłam się przy ścianie, ponieważ łóżko stało w kącie pokoju i oddzielało je od ściany tylko niewielka szpara. Poczułam tylko, jak po pewnym czasie druga połowa łóżka się załamuję, poczym zasnęłam.
***********
Notka w końcu się pojawia. Mam nadzieję, że Wam się podobała. Buziaki, Anabel :*
komentarze [7]


Rozdział 9 "Raczej lekkich tortur..."
>> niedziela, 3 czerwca 2007 19:12:46

By Kath.


U TOMA
Wszyscy już dawno spali, gdy pewien chłopak cały czas siedział po turecku na podłodze w swoim hotelowym pokoju i grzebał w gitarze. Doskonale wiedział, że musi ją naprawić, bo inaczej nie będzie miał żadnych szans u Kath. Szkoda tylko, że okazało się to trudniejsze niż myślał. Ale czy on – Tom Kaulitz – mógł sobie z czymś nie poradzić, w szczególności z gitarą? Oczywiście, że nie. Był już strasznie zmęczony, lecz w końcu koło 6 skończył. Jeszcze tylko nastroił instrument i było super. Nie zostało mu nic innego, jak odebrać nagrodę. Na tę myśl od razu zrobiło mu się lepiej. Bo to niby taka zwykła dziewczyna, a jednak... No właśnie, czuł, że może wreszcie zmięknie. I wtedy będzie mógł powiedzieć tak jak kiedyś, że wszystkie na niego lecą. A to chyba dla niego najważniejsze.

U KATH
Rano wcale nie chciało mi się wstawać, dlatego zamówiłam sobie śniadanie do pokoju. Powoli w łóżku zjadłam omleta i popiłam go Colą light. Dziwne, nie? Ale ja Colę light mogę pić litrami do wszystkiego jak leci. Taka już moja natura. A na przykład po Redbullach dostaję maksymalnej, niczym niewytłumaczalnej głupawki. Wtedy to już nawet An ze mną nie wytrzymuje, dlatego mnie pilnuje, żebym nie wypiła więcej niż jednej puszki dziennie:P Nawet pijana się tak nie zachowywuję. Po spożyciu posiłku poszłam pod prysznic. Gdy już wreszcie byłam wyszykowana, zadzwonił mój telefon. I czego ten debil (czyt. Mop) znowu chce? Odebrałam:

-Czego?

-Liczyłem na milsze powitanie.

-To się przeliczyłeś. Mów szybko, bo nie mam czasu.

-Ale dzisiaj czas będziesz musiała dla mnie znaleźć.

-W sensie?

-W sensie, że naprawiłem tę twoją amatorską i nic niewartą gitarkę. – tu już przesadził!!! IDIOTA!

-Uważaj.

-A co mi niby zrobisz?

-Zdziwisz się.

-Niby jak? Dobra, wpadnę po ciebie dzisiaj o 20 i pójdziemy do clubu.

-A skąd mam być pewna, że naprawiłeś gitarę.

-Masz moje słowo.

-Słowo mopa czy makarona?

-No dobra, wpadnę zaraz i ci ją przyniosę.

-To przyjdź pod tę fontannę, co zwykle.

-Ok... – chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nacisnęłam czerwony guzik znaczący koniec połączenia. Nie zamierzam go więcej słuchać. Ale umówić się z nim muszę:/ Jakoś przeżyję. Muszę zacisnąć zęby i pomyśleć, że to dla Freddiego.

Szybko poszłam do An. Dobijałam się do drzwi dobre pół godziny, gdy zaspana przyjaciółka wreszcie mi otworzyła. Rozsiadłyśmy się na brązowej skórzanej sofie (xD) i wszystko jej powiedziałam. Znowu musiałyśmy coś wymyślić, żeby odwrócić uwagę goryli i żebym mogła wyjść z hotelu. Tym razem An miała się niby zatrzasnąć w pokoju i nie móc wyjść xD Plan poskutkował bardzo szybko i już po 15 minutach zmierzałam w stronę fontanny. Gdy tam dotarłam, ten głupek już tam stał z tym swoim infantylnym uśmiechem. Ble...

-Cześć. – powiedział.

-Witam. Pokaż gitarę.

-Masz. – odebrałam od niego Freda. Uf... Jednak udało mu się go naprawić i instrument był w naprawdę dobrym stanie. – I co?

-Może być.

-Tylko ‘może być’? Całą noc nad tym siedziałem!

-Twoja sprawa.

-Ale moja nagroda jest też twoją sprawą... To dzisiaj w tym miejscu o 20. Powtarzam, żebyś przypadkiem nie zapomniała.

-Nie zapomnę. – skrzywiłam się.

-Chociaż tak właściwie to ni wiem, czy jest sens umawiać się z facetem. – chłopak zaśmiał się.

-To się nie umawiaj z facetem. Ja ci nie każę.

-Nie będzie tak łatwo, facecie.

-Idę, laleczko. – jak powiedziałam, tak zrobiłam i już mnie nie było. Naprawdę nie rozumiem, jak powstają tak beznadziejni ludzie...:/ Niezauważenie udało mi się wślizgnąć do hotelu i swojego pokoju. Po chwili dołączyła do mnie Anabel.

-Wiesz, jaki cyrk się zrobił? xD

-Wyobrażam sobie:P

-A jak tam Freddie?

-Działa i nawet dobrze wygląda.

-Ufff... To dobrze. Ale teraz się musisz z nim umówić

-Dzisiaj o 20 pod fontanną:/

-I jak my to zrobimy?

-Co?

-Jak zamierzasz wyjść wieczorem z hotelu bez obstawy? Tak po prostu? Czy ty w ogóle myślisz?:P

-Eee, nie, chyba nie. Zaraz coś wymyślimy... – długo myślałyśmy, ale jakoś tym razem nic nam do głowy nie przychodziło.

-Dziewczę, a w co ty się w ogóle zamierzasz ubrać?

-Tak jak teraz, a co? Nie zamierzam się starać dla durnia. On nawet na bojówki nie zasługuje.

-Nie o to mi chodzi. Może ubrałabyś się jakoś tak, żeby przestał z tym facetem?

-Jeszcze tego mi brakuje. Mam się niby męczyć? Nie ma mowy.

-Nie chodzi mi o męczenie ciebie, a Toma... – na twarzy przyjaciółki pojawił się delikatny uśmiech.

-Skoro tak, to dobra...

-No to musimy ci poszukać ciuchów! xD Chodź do mnie i na pewno ci coś wybierzemy. -
Już po chwili siedziałyśmy przed szafą An i w niej grzebałyśmy – To może to?

-Biała mini? Nie.

-A to?

-Też nie.

-To?

-Nie... – taka rozmowa trwała coś koło 40 min.

-Weź się do cholery wreszcie na coś zdecyduj!

-Ale tu nie ma nic normalnego.

-Jest.

-Nie ma.

-No dobra, to założysz to, to i to.

-Ale tu przecież nic nie ma... – spojrzałam na jakąś czarną mini, buty na wysokim obcasie i czerwoną bluzkę z dużym dekoltem. – Ja się w tym będę czuła jak naga.

-Przyzwyczaisz się.

-Nie sądzę.

-Ty tu nie jesteś od sądzenia:P

Po pewnym czasie udało mi się wreszcie wymyślić, jak uciec Berniemu. Włączyłam laptopa i sprawdziłam, w którym kinie puszczają dzisiaj najdłuższy maraton filmowy. Potem udałyśmy się z Anabel do naszego kochanego szefa ochrony i zapowiedziałyśmy, że chcemy udać się na maraton filmowy ‘Noc z Modą Na Sukces’ (nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle jest, ale to nawet lepiej, bo on trwa całe 12 h:P), który zaczyna się o 18, czyli za jakieś pół godziny. Bernard zgodził się i o 18 już siedziałyśmy na fotelach w sali kinowej z olbrzymimi kubełkami popcornu. Poczekałyśmy, aż polecą pierwsze napisy, większość naszych ochroniarzy się znudzi i zaśnie, a my będziemy miały wolną drogę do wyjścia. Z ucieczką nie miałyśmy zbyt dużo problemów, gdyż było ciemno i kręciło się dużo ludzi. Do hotelu wróciłyśmy autobusem. Przebrałam się, przyjaciółka pomogła mi zrobić makijaż, dobrać biżuterię i ułożyć włosy. Skończyłyśmy dokładnie o 19:58.

-Dobra, idź już, bo się spóźnisz.

-Ale ja się w tym zabiję.

-Będzie dobrze. Na pewno. Idź.

-Ok, cześć.

-Bye i miłej zabawy.

-Raczej lekkich tortur...

U TOMA
Dredziarz poświęcił naprawdę dużo czasu swojemu wyglądowi przed spotkaniem z blondynką. Pod fontannę przyszedł nawet dziwnie wcześnie. Miał całe 5 min zapasu, a dla niego to naprawdę dużo. Siedział na pobliskiej ławce, nudząc się, aż w końcu znalazł sobie zajęcie. Gapił się na nogi dziewczyny, która szła w jego stronę. Stwierdził, że to nic dziwnego, ze się do niego zbliża, bo przecież jest Tomem Kaulitzem i każda dziewczyna chce jego autograf, o buziaku nie wspominając. Dopiero, gdy dziewczyna podeszła bliżej, rozpoznał w niej Kath. Aż zaparło mu dech w piersiach. Zawsze wydawała mu się ładna, ale nie aż tak... Po chwili pomyślał, że to jego wrodzony instynkt kazał mu na nią zwrócić uwagę i chłopak lekko się uśmiechnął. Dziewczyna wolnym krokiem do niego doszła.

ZNOWU U KATH
Już z daleka znowu widziałam ten głupkowaty uśmiech Makarona. Dlaczego on mi zawsze tak psuje humor? A najgorsze jest to, że czułam się jak naga, a przy nim to już w ogóle... Jakby się do mnie dobierał samym wzrokiem.

-Możesz się tak nie gapić?

-Ooo, widzę, że masz talent do miłych powitań.

-W twoim przypadku tak. – zapadła chwila ciszy.

-Już cię prosiłam, żebyś się na mnie nie gapił.

-Ja się nie gapię na ciebie, a na twój biust:P

-Fakt, duża różnica. – co za dupek:/

-Uwierz, że jest xD To idziemy?

-Chyba musimy. – Mop pociągnął mnie za rękę i po pewnym czasie siedzieliśmy przy stoliku jakiegoś klubu. Zamówiliśmy jakieś drinki, a potem poszliśmy tańczyć. Fe. Jak stwierdziłam, że już nie mogę, a poza tym był wolny, a nie chciałam, żeby on mnie obmacywał, wróciłam do stolika, a on za mną. Dopiliśmy drinki i zamówiliśmy drugie. Właśnie wpadłam na pomysł jak się zemścić za ‘amatorską i nic niewartą gitarkę’. Piłam swojego drinka na tyle powoli, że on zdążył w tym czasie zamówić 4 inne.. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach był już tak pijany, że prawie leżał pod stołem, a mi nic nie było. Tak, to był dobry moment, żeby wyjść. Makaron już nawet nie był na tyle świadomy, żeby to zauważyć. Ogólnie wróciłam do hotelu cos koło 22:40. Po naszych gorylach nie było jeszcze nawet śladu, a An siedziała w necie na laptopie. Przebrałam się, jeszcze trochę pogadałyśmy i poszłyśmy spać. Jestem naprawdę ciekawa, co stało się z panem Kaulitzem... Będzie wkurzony:P

*******
Wreszcie udało mi się coś napisać. Wiem, ze może to nie jest szczyt moich możliwości, ale jak na teraz i tak jest dobrze, bo nie ukrywam, że nie mam czasu i nastroju.

Teraz jeszcze jedna rzecz. Niedawno przeczytałam pewien komentarz pod ostatnia notą i prawdę mówiąc, nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała czegoś na jego temat. Wiem, że ta osoba pewnie tego nie czyta, ale trudno. Na początku oczywiście zaznaczę, że każdy ma prawo do własnego zdania na każdy temat i ma prawo je wyrazić w kulturalny sposób. Ten komentarz przepełniony był poczuciem wyższości, mówił o głupich tematach, beznadziejnych marzeniach i stratą czasu. Skąd ktoś może wiedzieć, o czym marzę? Tak, kiedyś byłam marzycielką i marzyłam o księciu. Teraz się to zmieniło i nauczyłam się marzyć o rzeczach, które mogę mieć. To przykre, ale to jakiś sposób na szczęście, nie? Poza tym nie można kwestionować czyichś marzeń, bo wszystkie marzenia są słuszne, piękne i wartościowe – przynajmniej dla mnie. Właśnie bez tych marzeń świat byłby o wiele bardziej szary. Głupi temat? To, co jest dobrym tematem? Moim zdaniem, ten temat jest przynajmniej oryginalny, a przy okazji można się trochę powyłupiać. Bo przynajmniej ja mam dosyć potwornie smutnych i przepełnionych rozpaczą opowiadań. A strata czasu? Czasami trzeba porobić coś niby niepotrzebnego, co sprawia przyjemność, a mi to sprawia przyjemność. Na koniec jeszcze powiem, że nie należy komentować czegoś, czego się dokładnie nie przeczytało lub nie poznało. A jestem pewna, że ta osoba nie przeczytała naszego story dobrze. Trochę długie mi to wyszło. No trudno, przynamniej wiecie, co myślę.

Trzymajcie się.
Kath

komentarze [7]

Rozdział 8 "Historia dziury w ścianie Georga" >> poniedziałek, 14 maja 2007 15:23:39
By Anabel


TYMCZASEM PRZEZ CAŁY CZAS U ANABEL

Po tej całej kolacji, która była zorganizowana dla przybyłej królowej, zamknęłam się w hotelu i miałam zamiar nie robić nic innego, jak rzucić się na łóżko i zostać tak do rana. Jednak, jak zawsze coś mi psuje plany. Zadzwonił telefon. Numer zastrzeżony. Niby nie wolno nam odbierać takich telefonów, ale przepisy są po to, aby je łamać :P
- Taaaaak? – odezwałam się

- Już myślałem, że nie odbierzesz. Co ty tak długo odbierasz telefon?

- Ale z kim rozmawiam?

- Z księciem z bajki, który siedzi właśnie pod twoim oknem na białym koniu... – zaśmiał się

- Ej. Albo powiesz kim jesteś, albo się rozłączę! – taki wkurzający trochę ten KTOŚ był

- Wyjrzyj przez to swoje okno, to się dowiesz uparciuchu... – bez chwili zastanowienia podeszłam do okna i ujrzałam, co prawda nie na koniu, ale na chodniku chyba Billa

- Bill? Nie mogłeś od razu powiedzieć, że to ty? Masz zupełnie inny głos przez telefon...

- Myślałem, że mnie poznasz. Ja siebie nie słyszę, więc nie wiem...

- Znowu zrobiłam z siebie idiotkę. Jest już po 18, co cię do mnie sprowadza?

- Tak chciałem z tobą pogadać...

- To mogłeś tylko zadzwonić. A co jeżeli znowu by cię jakieś fanki dopadły?

- Poradziłbym sobie. A przez telefon nie zobaczyłbym ciebie...

- Czy mi się wydaję, czy ty mnie próbujesz oczarować? – zapytałam zaczepnym głosem patrząc uważnie na niego z góry, i tak go prawie nie widziałam, ale cóż...

- Takich rzeczy się nie ujawnia... – mogę być pewna, że przy tych słowach szeroko się uśmiechnął

- Taka twoja tajemnica, tak? – zaśmiałam się – Będziemy tak rozmawiać, patrząc się na siebie z jakiegoś 30 piętra?

- A co proponujesz? Chętnie wjadę na to twoje 30 piętro i zobaczę, jak sobie mieszkasz... – odparł wesoło

- No wiesz... Zaprosiłabym cię, ale mam straszny bałagan i.... – próbowałam się wykręcić
- Mi to nie przeszkadza. Naprawdę. Mieszkając z Georgiem pod jednym dachem lub nawet w tym samym hotelu nie sposób się do tego nie przyzwyczaić...

- Ale będzie pierwszy raz u mnie, to tak nie za bardzo, abym miała taką burzę w pokoju...

- Już się nie wymiguj. Powiedz, które piętro...

- Ale Bill... – zniknął mi z pola widzenia

- No powiedz. Przecież nikomu nie powiem – zaśmiał się, natomiast ja uległam. Podałam mu dane i po 15 minutach usłyszałam pukanie do drzwi. Wzięłam kilka głębokich oddechów i niepewnie otworzyłam.

- Witam... – przywitałam go

- Zajebiście tutaj macie... Tylko dwa pokoje na całym wielgachnym piętrze... W tym drugim mieszka Kath? – wszedł do pokoju – Przecież ty masz tu porządek, niczym Tom....

- Zadajesz strasznie dużo pytań i strasznie dużo mówisz, wiesz? – udało mi się mu przerwać

- Wiem. Zacznij się przyzwyczajać... – nadal ględził pakując się i rozwalając na moim łóżku

- Zdjąłbyś chociaż buty... Chcesz coś do picia?

- Jak masz to daj Colę. Ile wynajęcie tego pokoju kosztowało? Zapewne fortunę – okręcał głowę w każdą stronę i wszystko obserwował

- Nie wiem. Nie zajmuję się pieniędzmi. Co będziemy tutaj robić?

- Tak naprawdę przybyłem tutaj w dwóch celach. Pierwszy to taki, żeby zobaczyć w końcu jak mieszkasz i wreszcie mi się to udało – wyszczerzył się – Po drugie. Chcę cię zaciągnąć na jakiś spacer i przy okazji do nas do hotelu.

- Po co?!

- Chłopaki chcą cię znowu zobaczyć. Nie dziwię się im. W hotelu jest nudno, a z tobą może być wesoło – zaśmiał się

- Czuję się jak maskotka, którą potrzebuje rodzic, aby uspokoić płacz swojego dziecka... – lekko się skrzywiłam

- W takim razie możesz być moją maskotką... – orzekł dosyć wesoło i wstał, aby po chwili znaleźć się blisko mnie. Bardzo blisko mnie. Aż ZA blisko.

- Ttttooo....jasiępójdęubrać! – wypowiedziałam szybko na jednym oddechu i pognałam do łazienki. Zaczęłam się czesać i malować.

'Co się ze mną dzieje? On chciał mnie pocałować? Nieeee. To się nie dzieje naprawdę... On nie mógł mnie zauroczyć... Nie mógł. Nie mógł! – krzyknęłam w sobie tak, że mi tusz z dłoni wypadł – Może się zakochałam? Nieee... Nie. Nie! Jestem księżniczką. Wkrótce królową. Co by to dało? Gwiazda muzyki nie może zostać królem. Ja nie mogę porzucić korony. Choć... Nie! Nie mogę!! O czym ja w ogóle myślę?! Muszę zachowywać się normalnie. To JA mam go poczarować, a następnie zapomnieć o nim. On nie może mnie w sobie rozkochać. Nie może... Nie może!'. Samymi myślami byłam zmęczona i nie miałam ochoty gdziekolwiek się wybierać.
- An! Co ty tam tak długo robisz? – usłyszałam wołanie Billa. Fakt w tym, że siedziałam już w łazience jakieś 40 minut. Wyszłam.

- Jestem gotowa. Możemy iść. – nie patrzyłam się na niego. Pierwszy raz w życiu bałam się spojrzeć na chłopaka.

- Dobrze się czujesz? Zrobiłaś się jakaś....blada?

- To nic. Boli mnie trochę głowa, ale chodźmy...

- Na pewno?

- Tak. Chodź. – uśmiechnęłam się i łapiąc komórkę wyszłam z pokoju, kierując się do windy. Czarny po chwili dołączył do mnie i zjechaliśmy na parter hotelu. Przy wyjściu widoczna była tylko ochrona budynku. Na szczęście. – Prowadź.

- Pójdziemy przez miasto. Są tam takie fajne stare sklepiki. I jak w filmach, sklepy z telewizorami przy wielkiej szybie, które są zawsze włączone na kanale regionalnym...

- Kiedyś już je chyba widziałam.... – zauważyłam lekki zawód na jego twarzy – Ale z chęcią zobaczę jeszcze raz!

- No! I tak ma być! – zaśmiał się i spojrzał na pierwszy sklepik, do którego właśnie doszliśmy – Czy to nie jest głupie, aby fascynować się starymi sklepowymi telewizorami?

- Takie stare telewizory, często jeszcze czarno-białe są fajne. Kupię sobie kiedyś taki do domu. – zaśmiałam się, ponieważ wszystko w mojej głowie było już poukładane.

- Taaaaak. A gdzie ty w ogóle mieszkasz na stałe?

- W Bassenberg... – odpowiedziałam

- Widziałaś kiedyś królową lub chociaż księżniczkę?

- Kilka razy. Ale to nic specjalnego. Zwykłe kobiety...

- No nie takie zwykłe. Zawsze bez względu na porę, otoczone najlepszą ochroną. Znane na całym świecie. Nieziemsko bogate. Takie kobiety nie są zwykłe...

- Uwierz mi, że na co dzień zachowują się jak normalni ludzie...

- Wiesz, że ja jeszcze chyba nigdy nie widziałem tych księżniczek nawet na zdjęciu? Nie. Raz widziałem w jakimś programie reportaż o nich, ale za bardzo się im nie przyglądałem. Fajnie by było choć chwilę pogadać, choć z jedna taką księżniczką... Wiesz, poznać naprawdę jak to ich życie wygląda od środka...

- Gdybyś tylko znał prawdę... – mruknęłam cicho

- Coś mówiłaś?

- Nie, zdawało ci się. Daleko jest ten hotel? – zmieniłam temat

- Już za tym budynkiem. Mogliśmy pojechać taksówką, a nie ciągnę cię przez kawał drogi – uśmiechnął się do mnie

- Przyjemnie się idzie, ale o wiele przyjemniej byłoby już usiąść w czymś miękkim...

- Mogę ci na pocieszenie powiedzieć, że mamy jeden bardzo miękki fotel – poruszał śmiesznie brwiami

- A dlaczego tylko jeden?

- Georg się raz upił i zaczął na drugim skakać. Co tu dużo mówić. Zarwał go po prostu... – parsknęliśmy śmiechem, wchodząc akurat do budynku, a następnie do windy, która szybko dowiozła nas na wybrane przez Billa piętro. Nasz śmiech się trochę uspokoił w chwili wejścia do pokoju Gustava, gdzie ponoć zazwyczaj siedzi cała czwórka i gdzie stoi TEN fotel. PO wejściu ujrzałam Georga i na wspomnienie opowieści Czarnowłosego, ponownie wpadła w śmiech.

- Mówiłem. Od razu jest weselej! – zachichotał Gustav

- Ja...prz-pra-szam...ale nie....mogę... – nadal się śmiałam

- A tak nawiasem, ciekawe co jej jest... – zagadnął sprawca mojego śmiechu

- Opowiadałem jej o tym, dlaczego mamy tylko jeden fotel, choć powinniśmy mieć dwa – wyszczerzył zęby Czarnowłosy

- Znowu o tym?! Człowiek raz coś zrobi i wypominają mu to przez całe życie! – basista się naburmuszył. Natomiast ja odetchnęłam głęboko i jakoś stopniowo zaczęłam dochodzić do siebie

- Nie uważacie za głupie to, że właśnie głównym tematem rozmów jest jakiś głupi fotel? – zapytałam

- Czasem potrzebne są zwykłe głupie rozmowy – wywodził się Tom – A tak będąc przy przedmiotach, to jak mogłaś zniszczyć gitarę? – jego głos wyrażał jakieś załamanie i niedowierzanie

- Oj no. Jak mnie ktoś obudzi to jestem w stanie zrobić wszystko... A z tą gitarą to naprawdę niechcący wyszło...

- To ty nawet nie wiesz, co zrobił Georg obudzony o 8 rano przez Toma.... – Bill nie zdołał dokończyć, ponieważ niemal, że jego słowa zagłuszył nagły ryk śmiechu pozostałych chłopaków to jeszcze sam zaczął się śmiać

- A to mnie uważają za wariatkę... – mruknęłam, patrząc na każdego z nich z politowaniem, poczym odłożyłam swoją komórkę na jakiś stolik i zwaliwszy kogoś ubrania z łóżka na podłogę, wygodnie się na nim rozsiadłam – Ej. Kończcie już, bo nudno jest.

- Chodź. Pokażemy ci coś... – zerwał się Czarnowłosy i razem z Georgiem i Gustavem pognali, jak sądzę do pokoju naprzeciwko

- I ty z nimi wytrzymujesz 24h na dobę? Składam ci osobiście gratulację... Chodź do nich... – odparłam kierując się do wyjścia

- Zaraz przyjdę... – powiedział i został, a ja poszłam. Znalazłam "rechotających" chłopaków w innym pokoju, w którym stali przed ścianą i ją podziwiali

- Ja wiem, że ściany bywają interesujące, ale wtedy, gdy są na niej jakieś obrazy. A wy się gapicie na pustą ścianę... – spojrzałam w punkt, w który się patrzyli – Kto zrobił taką piękną dziurę w tej ścianie?

- Jak to powiedzieć... – zaczął Bill

- Bezpośrednio zrobiła to głowa Toma – zaśmiał się perkusista

- Ale przez moje ręce. I jestem z tego dumny – Georg zaczął się śmiać, a reszta razem z nim

- Ale ja nic z tego nie rozumiem... – skrzywiłam się

- Tom przyszedł obudzić Georga. Nie udawało mu się to, więc wpadł na pomysł, że będzie go łaskotał piórkiem po nosie. I tak łaskotał, łaskotał. W końcu Georg się wkurzył i jak walnął na oślep przed siebie to głowa Toma z hukiem znalazła się na ścianie. Wtedy wyglądało to dosyć drastycznie, ale teraz się z tego śmiejemy – opowiedział Gustav

- Ale nic mu się nie stało poważnego? – również trochę chichotałam

- Miał lekko rozciętą głowę, a nawet nadal ma bliznę. Ale jest ok. – wróciliśmy do pokoju obok i zastaliśmy Toma, który pstrykał coś na mojej komórce

- Co ty robisz z moim telefonem?

- Eee....yyy....ktoś dzwonił i ten tego...chciałem ci zanieść, ale przestało dzwonić... – wydukał Dredziarz

- Słaby jesteś w kłamaniu na szybko... Ale niech ci będzie. Tylko zapamiętaj. Nigdy więcej nie dotykaj mojej komórki... – powiedziałam spokojnie

- Dobra. Sory.... – oddał moje urządzenie. Przez jakąś kolejną godzinę gadaliśmy, śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Jednak ok. 22 chłopaki odprowadzili mnie do hotelu i po pewnym czasie rozstaliśmy się. Po całym dniu wrażeń wzięłam szybko prysznic i nawet nie zaglądając do Kath poszłam spać.



Następnego dnia, zostałam drastycznie obudzona przez babcię o godzinie 9, bo ona uważa, że ja nie mogę tyle spać. Umyłam się, ubrałam i poszłam na śniadanie. Czułam się okropnie. Gorzej niż podczas najmocniejszego kaca w życiu. Masakra. Po śniadaniu zdecydowałam dogonić Kath i ją przeprosić. Przecież nie będziemy się gniewać do końca życia.
- Kath, słuchaj, wiem, że to wszystko wczoraj okropnie wyszło... – zaczęłam

- Zniszczyłaś Freddiego. – odpowiedziała.

- To też wiem i właśnie dlatego chcę cię przeprosić. Kath, ty przecież wiesz, że ja to zrobiłam niechcący.

- Bo gitara ci sama weszła do ręki i sama się rzuciła...

- Nie, ale to te emocje, byłam wściekła. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jaką ci wielką przykrość zrobiłam. To, co? Wybaczysz mi?

- Tak, wybaczę. – mruknęła z uśmiechem i nastąpiło rzucanie się sobie na szyję. Przez to wszystko miałyśmy tylko jakieś 10 minut na przygotowanie się, na spotkanie z kanclerz Niemiec. Ale udało się. Dojechaliśmy do ambasady i zaczęło się. Nudna gatka, gdzie Kath i ja tylko się uśmiechamy i co jakiś czas mówimy 2-3 zdania. Na szczęście po jakichś 2 godzinach byłyśmy znowu w hotelu, gdzie czekało na nas mnóstwo fotoreporterów. Jednak babcia szybko zareagowała i po chwili byłyśmy wolne.

Siedziałam z Kath w jej pokoju i słuchałam jej zwierzeń na temat naprawy jej gitary, którą miał się zająć Tom. Przyjaciółka była załamana tym, że zgodziła się na chory układ z gitarzystą TH. Ale w końcu zdecydowała się z nim spotkać i dać mu swojego Freddiego. Było tylko jedno "ale", którym miałam się zająć. Musiałam iść do Berniego i odwrócić jego uwagę. Przez to wszystko nasłuchałam się ok. godzinnej opowieści o nowej generacji radarów szpiegowskich.
- ... no i teraz musisz go jeszcze komuś podłożyć i fale elektromagnetyczne wysyłane z nadajnika, które są krótkie, ale tworzą taki kanał, idą w powietrze i...

- O cześć, An! Mam WAŻNĄ sprawę! Chodźmy do mojego apartamentu – Kath wróciła

- Dobrze już idę! - odpowiedziałam i zwróciłam się do Bernarda – To skończymy przy najbliższej okazji, bo to naprawdę bardzo ciekawe... – poszłam do jej pokoju – Ufff, jak dobrze, że wróciłaś, bo zaraz bym tam zeszła.

- Nie dziwię się:P – odparła ze śmiechem

- To nie jest takie śmieszne! – rzuciłam ją poduszką i tak zaczęła się wojna. Gdy już zmęczone opadłyśmy ma wielkie łóżko. Gadałyśmy jak zwykle o wszystkim i o niczym, poczym poszłyśmy na kolację. Tam po zjedzeniu i pożegnaniu się z babcią, udałyśmy się do baru, gdzie na nowo zaczęłyśmy rozmawiać. Piłyśmy kolorowe i zarówno mocne drinki. Dopiero o 12 wróciłyśmy do pokoi i poszłyśmy spać. Czułam, że moja głowa jutro nie będzie lekka...

****************
Przepraszam za dwie rzeczy.
1. Że nota ukazuje się z tak dużym odstępem czasu
2. Że dzisiejsza treść nie jest tak śmieszna, jak zazwyczaj powinna być
Mam nadzieję, że mi wybaczycie.
Notka dedykowana jest Kath i Pimpkowi. A w szczególności MajCi, która miała wczoraj urodziny. Jeszcze raz WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO :**
Anabel

komentarze [7]

Rozdział 7 "To co? Facet jesteś?:P" >> sobota, 7 kwietnia 2007 16:18:33
By Kath


-Halo.

-Cześć, tu Tom...

-Eee, jaki Tom?

-Nie pamiętasz mnie? A Tokio Hotel? Założyliśmy się o gitarę przecież.

-Tak już pamiętam. – ja to zawsze mam takie szczęście:/ Tylko skąd on miał mój numer?

-No i co?

-Z czym? – jak nie wiadomo, co robić, najlepiej udawać głupa:P

-No z gitarą! Naprawili?

-Nie...

-No to teraz musisz się ze mną umówić! – o jak dobrze, że teraz nie byłam zmuszona oglądać jego triumfu.

-A wcale, że nie:P – ja zawsze umiem się ze wszystkiego wykręcić:P

-Niby dlaczego...? Przecież przegrałaś zakład.

-Ale skąd mam wiedzieć, czy oni mi jej nie naprawili, bo to w ogóle nienaprawialne jest?

-Wiesz co?

-Co?

-Strasznie podejrzliwa jesteś. Poza tym każda dziewczyna chce się ze mną umówić, a ty się wykręcasz, jakby to było nie wiadomo co.

-Bo ja nie jestem każdą dziewczyną:P

-Taaa. Na pewno. To co? Facet jesteś?:P

-Bardzo śmieszne. Boki zrywać...

-No wiesz... Tak się teraz zaczynam nad tym zastanawiać...Bo przecież te workowate ubrania, zero biustu...

-Jakie zero biustu?!

-Nawet mniej niż zero.

-Wiesz co?

-Skoro ja jestem facetem, to ty jesteś babą:P Masz za delikatne rysy twarzy i jesteś za chudy jak na faceta:P I to zero mięśni jeszcze...

-Co?! Zero mięśni?!

-No tak:P

-Pokazać ci prawdziwe mięśnie?

-Fajnie by było, ale ty i tak ich nie masz:P

-Jesteś okropna...

-Ty też:P

-Może lepiej wróćmy do gitary. Jeśli mi nie wierzysz, to dzisiaj jeszcze po nią wpadnę, wezmą i naprawię, a dopiero potem się umówimy, ok.?

-No.. – gdy pomyślałam, że on ma dotykać mojego Freddiego, aż mnie dreszcze przeszły:/ - No, dobra. - przecież nie mogłam się wycofać.

-Daj numer pokoju, to zaraz wpadnę i wezmę.

-Nie, dzisiaj już nie. Może umówmy się jutro.

-No dobra. Ale daj ten numer?

-Wiesz co? Umówmy się o 16 pod fontanną w parku blisko mojego hotelu, ok.?

-No dobra. Tylko przyjdź!

-Nie bój się o to paniusiu:P

-Ok., facecie.

-To cześć.

-Cześć.

No to się nieźle wkopałam:/ Eh, ja to talent mam. I jeszcze ten debil ma swoimi łapami dotykać Freda. Po moim trupie! Przecież on się już tyle nacierpiał przez An, to teraz jakiś byle gitarzysta z Pekin Motel ma coś przy nim kombinować? Ble... Z tymi myślami zasnęłam.

Rano jak zwykle sama obudziłam się dość wcześnie. O, jaką ochotę miałam sobie pograć. Wczoraj właśnie przez taką głupotę Fred jest teraz połamany i pokłóciłam się z Anabel. Prawdę mówiąc żałuję tego, ale nie mogę tak po prostu przecież podejść i jej przeprosić. Bo to nie ja zaczęłam. Poczekam, aż ona wyciągnie rękę. O, tak.

Wzięłam się za oglądanie TV, jak zwykle zaczęłam skakać po kanałach. Wreszcie zostawiłam na Vivie. Skończył się właśnie teledysk jakiejś różowej laleczki (o, jak ja kocham się z takich nabijać:P) i jaki się zaczął? No oczywiście, że Japoński Fotel:/ Pewnie każda inna dziewczyna chętnie by się ze mną zamieniła, tak jak powiedział ten cały Mop. Ale ja taka nie jestem. Nie zadaję się z pseudogwiazdami grającymi byle jakiego poprocka i samymi w sobie będącymi czystą komerchą. Poza tym oni mają za wysoką samoocenę. Nie, nawet jakby mi dopłacali to drugi raz nie poszłabym na ich koncert. Jeszcze chwilę posiedziałam w swoim apartamencie, po czym równo o 9 zeszłam na śniadanie oczywiście w odpowiednim stroju. Babcia już jadła, a po chwili doszła zaspana An. Coś mi się albo zdawało, albo miała kaca:P

-Dziewczynki, to dzisiaj za jakąś godzinę jedziemy na spotkanie z kanclerz Niemiec, a popołudniu będziecie miały wolne. W takim układzie dzisiaj załatwię wszystkie ważne sprawy i jeszcze wieczorem wrócę do Bassenberg.

-Dobrze, babciu. – odpowiedziała Anabel. Po chwili już wszyscy skończyli śniadanie i mogłam się udać znowu do siebie. Szłam wolno (jak zwykle na końcu:P), bo przecież nigdzie mi się nie śpieszyło. Mi się praktycznie nigdzie nigdy nie śpieszy. Nagle obok mnie stanęła przyjaciółka.

-Kath, słuchaj, wiem, że to wszystko wczoraj okropnie wyszło...

-Zniszczyłaś Freddiego. – próbowałam być obojętna.

-To też wiem i właśnie dlatego chcę cię przeprosić. Kath, ty przecież wiesz, że ja to zrobiłam niechcący.

-Bo gitara ci sama weszła do ręki i sama się rzuciła...

-Nie, ale to te emocje, byłam wściekła. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jaką ci wielką przykrość zrobiłam. To, co? Wybaczysz mi?

-Tak, wybaczę. – tutaj nastąpiło rzucanie się sobie na szyje itp. W rezultacie obie miałyśmy po 10 min, żeby należycie przygotować się na spotkanie z tą całą kanclerz. Ja tylko poprawiłam makijaż i do czarnych spodni i białego topu dorzuciłam czarną marynarkę i już byłam gotowa. Niestety i tak się spóźniłam:P Ale to się nie liczy, bo na An czekaliśmy dłużej:P A potem już tylko to spotkanie. MASAKRA. Babcia rozmawia, a ty nic nie rób, nic nie mów i cały czas tępo się uśmiechaj. O, jak ja to kocham:/ Kiedyś miałam patent, żeby brać komórkę i grać w gry z komórki pod stołem, ale pewnego razu nie chcący mi ten telefon upadł pod same nogi prezydenta Francji. Może nie będę wspominać, jaki to przypał był i jak bardzo mi się wtedy dostało... No ale na szczęście to spotkanie było krótsze niż zwykle i po jakis 2 godzinach znowu siedziałyśmy w limuzynie. Pod wejściem do hotelu stało mnóstwo reporterów i każdy chciał wywiad. O, tego tez nienawidzę. Człowiek po jednym dniu jest już ślepy od tych fleszy. Dobrze, że babcia powiedziała, że my tu przyjechałyśmy z nią i z nia wracamy, więc nikt nie wie, o naszych wakacjach w Berlinie. No i git.

Po kolejnym przebraniu się w normalne ciuchy, siedziałyśmy z Anabel u mnie w apartamencie i się byczyłyśmy. Już nawet nic nam się mówić nie chciało:P Nagle dostałam sms-a od Toma: „Tylko facecie pamiętaj o spotkaniu.”

-Jak ja go nienawidzę! – powiedziałam.

-Kogo? – zapytała zdziwiona Anabel.

-Tego całego Toma!

-A co?

-Najpierw nie wiem, skąd bierze mój numer, teraz nazywa mnie facetem i jeszcze ten durny zakład!

-Co? Powiedz wszystko od początku, bo zupełnie cię nie rozumiem.

-Najpierw... – zaczęłam opowiadać, po pewnym czasie skończyłam. – I co o tym sądzisz?

-Pięknie się wrobiłaś:P

-A coś innego?

-Hahaha – śmiech mojej przyjaciółki rozległ się w calym pokoju. – Podpuszczacie się nawzajem:P

-Myślisz, że o tym nie wiem?

-Wiem, jestem tylko ciekawa, kto ulegnie pierwszy:D

-Oczywiście, że nie ja!

-Pożyjemy, zobaczymy...

Zbliżała się 15:30, a my z An ciągle siedziałyśmy u mnie. Wzięłam Freddiego do rąk i jeszcze raz obejrzałam. A co jeśli ten idiota zrobi mu coś gorszego?:/ Lepiej o tym nie myśleć. Zaczęłam natomiast myśleć, jak wyjść z hotelu, żeby Berni nie zauważył...

-An, pójdziesz zagadać Berniego?

-A po co?

-Głupku, tłumaczyłam ci, że musze iść mu zanieść Freda!

-Tylko nie głupku!

-No dobra, ale pomożesz?

-Oczywiście, tylko o co zapytać?

-A nie wiem. Może o pogodę?:P

-Nie, to nie przejdzie. Tak robiłyśmy dobre parę lat temu:P

-Wiem! Zapytaj go o tę nową generację radarów szpiegowskich:P Wiesz przecież, że to jego ukochany temat i jak się rozgada to nie ma końca:P

-Ale mi się nie chce tego słuchać, to nudne jest...

-No proszę, zrób to dla mnie.

-Ale to już ostatni raz.

-No ok... – i tak wiem, że to nie jest ostatni raz:P

Tym sposobem po kolejnych 15 minutach miałam wolną drogę i szłam z gitarą w wyznaczone miejsce. Ten durny makaron już czekał.

-Spóźniłaś się.

-Wcześniej nie mogłam.

-Ale się spóźniłaś:P

-Trudno:P

-Daj tę gitarę.

-Masz... Tylko OSTROŻNIE!!! – podałam mu Freddiego.

-No ok. Przecież jakbym mógł jakąkolwiek gitarę uszkodzić. Poza tym nikt nie przenije rzucania o ścianę:P

-Ale to An!

-Ty czy An, żadna różnica. Chociaż nie, jest. Ona wygląda jak całkiem normalna, ładna dziewczyna, a ty jak facet:P

-Eh, a ty znowu laleczko z tym facetem:P

-Skoro nim jesteś.

-A to co ja mam powiedzieć? Zadaję się z jakąś babą:/ Dobra ja spadam. Pa, paniusiu.

-Cześć, zadzwonię jak już się uporam z tą gitarą.

-Dobra, cześć.

Biedny Fred jest teraz w łapskach tej dziewczynki... Przynajmniej mogę sobie trochę pojeździć po tym panu Kaulitzu, a raczej pani:P Ale chyba będę musiała iść z nim (nią) do tego klubu:/ Powoli wróciłam do hotelu. Chyba nikt nawet nie zauważył mojego zniknięcia, bo na korytarzu spotkałam An nadal gadającą z Bernim o tych systemach całych;D

-... no i teraz musisz go jeszcze komuś podłożyć i fale elektromagnetyczne wysyłane z nadajnika, które są krótkie, ale tworzą taki kanał, idą w powietrze i...

-O cześć, An! Mam WAŻNĄ sprawę! Chodźmy do mojego apartamentu.

-Dobrze już idę! Odpowiedziała przyjaciółka i zwróciła się do Bernarda – To skończymy przy najbliższej okazji, bo to naprawdę bardzo ciekawe... – weszłyśmy do pokoju – Ufff, jak dobrze, że wróciłaś, bo zaraz bym tam zeszła.

-Nie dziwię się:P

Gadałyśmy o różnych głupotach do wieczora. Potem pożegnałyśmy się z babcią i znowu wróciłyśmy do gadania, tylko że tym razem przy barze:P Jak zwykle zamówiłyśmy sobie jakieś kolorowe i ładnie wyglądające drinki – potwornie mocne:) Później już tylko powrót do apartamentów, wieczorna toaleta i do spania.

U TOMA
Przy rozmowie z Kath przez telefon chłopakowi zachciało się z nią trochę podroczyć. Okazał się to potem świetnym pomysłem, bo dziewczyna to od razu podłapała. Tom był z siebie dumny, bo widział w tym sposób poderwania jej. Ach tak, on miał taką ochotę przelecieć „tego faceta”. Ale co jeśli to ona go przebije w gnębieniu się?

*****
Ha! I wreszcie nowa nota:P Zabieram się do niej już od dłuższego czasu, ale jakoś wcześniej nie miałam weny.
Pozdrowienia dla wszystkich czytających i komentujących, a szczególnie, dla Pimpka, który nie mógł się doczekać newsa:P
Kaśka


komentarze [23]

Rozdział 6 "Cześć, tu Tom... " >> środa, 21 marca 2007 19:27:08
By Kath

Myślałam, ze po tym całym okropnym dniu będę mogła odpocząć, a tu przychodzi An z informacją, że babcia przyjechała. Niestety życie nie jest łatwe. Pierwszą rzeczą do zrobienia było przebrnie się i zrobienie innego makijażu, bo jakby babcia zobaczyła mnie tak, to by padła. Tak więc zaczęłam przeszukiwać szafę w celu znalezienia odpowiednich ubrań. Co się okazało? Oczywiście jak zwykle musiałam się wykazać inteligencja i nie miałam niczego innego niż tego, w czym tu przyjechałam, bo przecież wszystko inne było takie za bardzo w moim stylu. Przynajmniej jeden plus – nie miałam dylematu, w co się ubrać:P Śpiesząc się, wykonałam wszystkie czynności i też w pośpiechu wychodziłam, gdy nagle.... TRACH!!! Wywaliłam się, a przy okazji nieźle poobijałam i jeszcze na dodatek złamałam obcas w bucie:/ Cudownie... Właśnie rozwaliłam jedyne nadające się buty. Zaczęłam myśleć, co teraz zrobić, ale jakoś nic mi nie przychodziło do głowy. Normalnie to poszłabym do An, ale jestem na nią obrażona, więc odpada. Jedynym wyjściem chyba było tylko iść w glanach. Już słyszałam to, co będzie na to miała do powiedzenia babcia, ale trudno, przecież boso nie mogę. Założyłam te glany i już powoli udałam się na dół do restauracji. Wszystko było jakieś takie inne, bardziej uroczyste, a obecność kogoś ważnego wyczuwało się z daleka. Idąc przez salę restauracji, coraz wyraźniej widziałam zdziwioną i zdenerwowaną minę babci. Wreszcie doszłam, przywitałam się i usiadłam do stolika.

-Kathrino, co ma oznaczać twój strój? Mam tylko nadzieję, że nasz jakieś sensowne usprawiedliwienie. – zaczęła kobieta.

-Yyy... To znaczy, wywaliłam się i buty się rozpadły, a innych nie miałam.

-Księżniczka się nie wywala, a przewraca to po pierwsze, a po drugie tylko moja wnuczka ma takie problemy:) – królowa uśmiechnęła się i potem nawet zaczęła się śmiać. Przynajmniej mi się nie dostało jak prawie zawsze. Doskonale pamiętam, jak na pierwszej oficjalnej kolacji w Bassenberg stanęłam An na sukienkę tak, że cały dół się oderwał albo jak podczas balu z okazji swojej osiemnastki machnęłam głową i diadem poleciał na jakiegoś dziadka stojącego 10 metrów dalej... Takie rzeczy zdarzały się tylko mnie, nigdy Anabel. Ona to ma szczęście... Poza tym ona zawsze lepiej wyglądała, miała lepszy styl itp. Na nią zawsze zwracano więcej uwagi i miała to, czego chciała, szczególnie w ostatnich latach. Obiekt moich rozmyślań właśnie wszedł na salę i usiadł do stolika. Babcia zaczęła jakąś rozmowę, która totalnie się nie kleiła. Może dlatego, że ani ja nie zamierzałam się odezwać do An, ani ona do mnie. W pewnym momencie się w ogóle już wyłączyłam i myślami byłam daleko stąd.

-Kathrin, czy ty mnie chociaż słuchasz?! – nagle usłyszałam głos babci.

-Tak, tak...

-To o czym mówiłam?

-Eeee...

-No właśnie. Nie słuchałaś. W każdym bądź razie mówiłam o tym, że przyjechałam tu tylko, żeby zobaczyć, jak sobie radzicie i ewentualnie na spotkanie z kanclerz Niemiec, ale to jeszcze nie wiadomo.

-Aha, a długo tu zostaniesz? – spytałam.

-Nie, nie mam na to czasu. Najwyżej jakieś 2 dni. – rozmowa znowu przerzuciła się na jakieś bzdety i znowu nie słuchałam, już mi się nie chciało. W ogóle nic mi się nie chciało. Jeszcze obecność Anabel strasznie mnie męczyła. Nie zamierzałam nie okazywać, że mam do niej żal i jestem na nią wściekła. Wreszcie mogłam iść do siebie i od razu to zrobiłam. Szybko się przebrałam i kręciłam się po apartamencie bez celu. Miałam straszną ochotę na granie, ale przecież z połamaną gitarą to raczej trochę trudne. Wreszcie wyszłam na balkon, olbrzyyymi balkon i usiadłam na balustradzie. Patrzyłam na cały Berlin w nosy. Widok z ostatniego piętra hotelu był naprawdę imponujący. W pewnym momencie zachciało mi się tak skoczyć. Skoczyć, skończyć ze sobą i tym swoim beznadziejnym życiem. Chociaż czy to w ogóle jest życie czy tylko istnienie bez celu? Bo co ja robię? Kogo znam? Moją jedyną przyjaciółką jest An, z którą się na dodatek jeszcze pokłóciłam. Może niepotrzebnie ją denerwowałam, przecież mogłam przewidzieć, jak to się skończy. Poza tym niedługo będę mieć tę całą koronację i będę cały czas spędzać w Cassienshofen. Całe państwo będzie na mojej głowie, wszystkie sprawy i nie wiem, czy dam radę. Z jednej strony się cieszę, że wreszcie wrócę do domu, bo mimo częstych wizyt mi go brakowało, ale jednak An zostanie w Bassenberg i nie będziemy mogły się widywać. Obie też nie będziemy mieć czasu. Ona będzie się przygotowywała do roli królowej, a ja nią już będę. Tym sposobem stracę jedyną bliską osobę... Boję się, tak cholernie się boję. Co jeśli sobie nie poradzę?! Bo życie królowej to nie tylko wybieranie biżuterii i wylegiwanie się od rana do nocy, to przede wszystkim ciężka praca, ale mało kto o tym wie. I po co mi to wszystko?! Dlaczego nie mogę żyć normalnie jak każda dziewczyna w moim wieku?! Dlaczego nie mogę być po prostu szczęśliwa?! Dlaczego to wszystko nie może być prostsze?! Chyba naprawdę lepiej skończyć ze sobą już teraz i się nie męczyć... A wystarczyłoby tak niewiele. Wystarczyłoby tylko przejść na drugą stronę barierki, puścić się i koniec. Na zawsze. Powoli pokonałam balustradę, to teraz już tylko to ostatnie... NIE!!! Ja przecież nie mogę się tak po prostu zabić! Przecież życie tak wielu ludzi zależy ode mnie. Przecież taka władza to obowiązek, ale tez i przywilej. To ja, a nie nikt inny, mam szansę zmieniać świat, bo mam potrzebną siłę. Bardzo nieodpowiedzialnie byłby ją tak po prostu zmarnować. Mam, dla kogo żyć, przecież mam poddanych i choćby ze względu na nich nie mogę się zabić. Ze względu dla nich muszę też przestrzegać wszystkich zasad. Tu już nie liczę się ja, tu liczą się wszyscy ludzie. Nie mogę być przecież samolubna i w takiej sytuacji myśleć tylko o sobie. Znowu wróciłam na drugą stronę barierki. Jeszcze trochę zostałam na balkonie i patrzyłam w dal. Chłodny wiatr rozwiewający moje włosy był prawdziwym ukojeniem po upalnym dniu...


-Królowa mnie przysyła, żeby panienka wybrała sobie ubrania z tego katalogu, bo wie, że nic nie masz. – następnego dnia jakoś tak trochę po śniadaniu przyszedł do mojego apartamentu Berni.

-A muszę?

-Niestety, ubrania zostaną dostarczone jeszcze dzisiaj, bo królowa chce gdzieś zabrać księżniczkę popołudniu.

-Dobrze, to zaraz to zrobię.

Gdy oglądałam te ubrania to aż mi się niedobrze robiło. Większość miała jakieś kwiatuszki, koraliki i różowa była. Ble. I ja mam w czymś takim chodzić, skoro nawet spódnica to dla mnie męczarnia? Zaczęłam zaznaczać wszystko, co było czarne, czerwone i jakieś takie normalniejsze. Ogólnie to dużo tego nie było, ale trudno. Oddałam Bernardowi katalog i wróciłam do wcześniejszego zajęcia, czyli przeglądania jakiejś durnej gazety. Natknęłam się na wywiad z tym całym TH i z braku innego zajęcia zaczęłam go czytać. Prawdę mówiąc, wcale nie wzruszały mnie wypowiedzi tego Billa jaki on wrażliwy itp. Jeden wielki chwyt marketingowy na naiwne dziewczyny. Za to wstrętem napawały mnie zdania tego Dreda, jakim to on jest zwitnym kochankiem i jak traktuje dziewczyny jak szmaty. I czym on się chce pochwalić? Może swoją głupotą? Zostawiłam ten artykuł, bo mnie wkurzał i zamówiłam sobie drugie śniadanie. Po chwili już opychałam się świeżymi owocami i ciepłymi rogalikami. Ta bezczynność powoli zaczynała mnie męczyć. Wreszcie doszły ubrania z katalogu. Wybrałam czarną spódnicę za kolano i szarą bluzkę, przebrałam się, zrobiłam makijaż i postanowiłam iść do babci. Daleko nie miałam, bo jej apartament był na tym samym piętrze.

-O Kath, dobrze, że przyszłaś, bo zaraz musimy jechać.

-Ale gdzie?

-Do projektantki sukien.

-Po co mi to niby? – z lekka się zdziwiłam.

-Bo do twojej koronacji zostało tylko około siedmiu miesięcy, a to, żeby zaprojektować, uszyć i dopasować suknię, jest mało. Poza tym lepiej nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę.

-Aha, ale to nie mogę mieć kupionej gotowej sukni?

-Wykluczone! Przecież na taką uroczystość musisz wyglądać pięknie i niepowtarzalnie jak przystało na królową. A skoro już jesteśmy w Berlinie to skorzystamy z tego, że ma tu warsztat jedna z najlepszych projektantek. Już się z nią umówiłam na dzisiaj, pojedziemy do niej i ona zdejmie z ciebie wymiary, oceni twój typ urody, predyspozycje itp.

-Aha no dobra.

-No i oczywiście, skoro masz tu spędzić całe wakacje, to będziesz raz na jakiś czas do niej zaglądała, oglądała projekt i mówiła, czy ci się podoba.

-Ok.

Po krótkim czasie siedziałam już z babcią w olbrzymiej i czarnej limuzynie z chorągiewkami. Jak zwykle lubiłam się bawić automatyczną półeczką wysuwaną na guzik:P

-Kathrino, przestań! – nagle królowa.

-Ale babciu...

-Nie ma żadnych ale. Nie jesteś już pięcioletnim dzieckiem, które pierwszy raz jedzie limuzyną.

-No dobrze...

Po chwili jednak znowu zaczęłam jak głup wciskać ciągle ten przycisk, aż moja półeczka się zacięła. Eh, ja to muszę zawsze mieć szczęście...:/ Niedługo po tym dojechałyśmy na miejsce. Ta projektantka to nawet fajna kobieta, przynajmniej dobrze się z nią rozmawiało. Siedziałyśmy u niej z babcią strasznie długo, więc gdy wróciłyśmy spowrotem do hotelu był już wieczór. Nie marzyłam o niczym innym niż gorącej kąpieli i łóżku. Już nawet nie chciało mi się schodzić na kolację, to sobie ją zamówiłam i zjadłam na balkonie w szlafroku. Gdy kładłam się spać, zadzwoniła moja komórka. Na wyświetlaczu pokazał się jakiś nieznany numer. Teoretycznie nie powinnam była odbierać, ale jednak to zrobiłam.

-Halo.

-Cześć, tu Tom...

****
No i jak Wam się podoba? Zdaje mi się, że ta nota jest trochę inna od tych wcześniejszych, ale mam nadzieję, że nie gorsza.
Mam jedną prośbę. Jeżeli piszecie komentarze, to piszcie do nas dwóch, tzn do Izki i do mnie (Kaśki), bo do wiadomości, to my dwie piszemy to opowiadanie.
Aaaa i jeszcze ktoś pytał, ile razy czytałyśmy „Pamiętnik Księżniczki”. Tak więc, ja nie czytałam ani razu i nie wiem jak Izka, ale chyba też nie. Za to oglądałyśmy film:P
No koniec jeszcze podaję mój numer gg: 4983976, jakby ktos chciałby być powiadamiany o newsach.
Trzymajcie się i buziaki:*
Kaśka.


komentarze [15]

Rozdział 5 "Anioł?!" >> środa, 14 marca 2007 21:07:28
by Anabel


Po kłótni z Kath nawet spać mi się nie chciało. Położyłam się na łóżko i zaczęłam rozmyślać. Wszyscy na około mówią, że my jako księżniczki mamy takie fajne życie. Szkoda tylko, że nie wiedzą jak jest naprawdę. Nie mamy przyjaciół, codziennej wolności, prawdziwych problemów. Bo, czy wybór biżuterii na spotkanie u kanclerz Niemiec jest problemem? Poznałyśmy to całe Tokio Hotel i co? Cud, że nas nie kojarzą... Zaprzyjaźnić się nie możemy, bo co to za przyjaźń oparta na kłamstwie? Nawet nie chcę myśleć co by było, gdyby się dowiedzieli kim jesteśmy naprawdę... A jedyną moją przyjaciółką jest Kath. Ale co? Przyszła królowa... Gdy Kath obejmie władzę, już nie będzie jak teraz... A ja zostanę w tym trudnym półrocznym czasie przed moją koronacją zostanę sama... Przez to wszystko dobrze uświadomiłam sobie, że ten mój wybuch i rozwalenie gitary było niepotrzebne... Bardzo niepotrzebne. Szybko wstałam. Ubrałam czarne szorty, czarną bluzkę z jakimś srebrnym napisem, czarne pumki, przeczesałam szybko włosy i chwytając kartę do pokoju poleciałam do windy. Spotkałam Berniego.

- Wygląda panienka dzisiaj jak wdowa... – powiedział

- Dzięki Berni.... Wiesz może gdzie jest Kath?

- Albo jeszcze w restauracji, albo pojechała już ze swoją gitarą do sklepu muzycznego...

- Aha...

Miałam nadzieję, że to właśnie w restauracji spotkam Kath i ją przeproszę. Jednak myliłam się. Było tam duuużo osób, ale na pewno nie było tam mojej przyjaciółki... Gdy chciałam już wracać do pokoju, przy wejściu do hotelu zrobił się tłum i zaczęło być głośno. Jak każda mądra osoba poszłam w kierunku rozgardiaszu. A w rzeczywistości to chciałam sprytnie wyjść z hotelu bez ochroniarzy i przy okazji sprawdzić to całe zamieszanie.

- Nic panu nie jest? – pytał ochroniarz jakiegoś zszokowanego chłopaka. Jednak nic więcej nie usłyszałam, ani nic nie zobaczyłam. Wyszłam przed budynek i spotkało mnie tam coś czego na pewno się nie spodziewałam.

- Mamy cię!! – krzyknął jakiś męski, głos poczym uniosłam się w powietrzu

- Aaaaaaaaaa!!! – chyba każda mądra osoba w takiej sytuacji krzyczy

- Cicho An, to tylko my! – ujrzałam śmiejące się twarze Toma, Georga i Gustava

- Aaaaaa....aaaaa....aaaa....aaa...aa......a....a...A! – to się nazywa dochodzenia do siebie

- No już spokojnie! – Tom

- Wykastruję, utopię, powieszę, uduszę i zakopię w lesie! – zaczęłam się na nich wydzierać

- Tylko nie kastruj, tylko nie kastruj!!!! – zaśmiali się

- Ha. Ha. Ha. – ironia – Co wy tu właściwie robicie?

- Szukamy ciebie. To znaczy Bill szuka ciebie, a my jesteśmy w towarzystwie. – wyszczerzył się Georg

- Mnie? A....ale po co? – ja rano jestem słabo skapnięta

- Mój braciszek się uparł, że musi cię za wszelką cenę znaleźć... Kath mówiła, że go właśnie cucą tam w hotelu gdzieś...

- Kath?! Gdzie ona teraz jest?!

- Jedzie do jakiegoś sklepu muzycznego naprawić gitarę, którą jej bardzo umiejętnie rozwaliłaś.... – zaśmiał się Gustav

- Wiem, poniosło mnie... – zaczęłam mówić, jednak coś, a raczej ktoś mi przerwał

- Jesteś aniele!! – z budynku wybiegł Bill

- Z niej to dzisiaj jakiś anioł złych mocy jest... – trójka, która przedtem mnie wystraszyła pokładała się ze śmiechu

- Czy oni dzisiaj coś brali? – zapytałam z zapewne dziwną miną

- O ile mi wiadomo to nie... – Czarny

- Ej! Wezwać jakiś ambulans, czy coś? – zapytałam patrząc na chłopaków, którzy nie wyrabiali już ze śmiechu

- ANABEL!! – usłyszałam z hotelu, a za chwilę ujrzałam Berniego i 2 innych ochroniarzy

- An... Chyba coś nabroiłaś... Kim oni są? – Tom, który od razu się uspokoił

- Toooooo.....to...to.... – zacięłam się

- Miałaś być w hotelu. A co to są za panowie? – Bernard spojrzał na chłopaków

- To....to....to są moi przyjaciele....jeszcze z dzieciństwa... – musiałam skłamać, ponieważ
Berni nie dopuszcza do mnie i Kath nikogo, oprócz ludzi z błękitną krwią w żyłach...

- Nigdy o nich nie mówiłaś... Królowa też mi nic nie wspominała...

- No bo, nie chciałyśmy jej tym zawracać głowy, bo po co. To jest Bill, Tom, Georg i....i...G...G…Gustav? Tak. Gustav. – wybrnęłam jakoś

- No dobrze. To zaproś ich do pokoju. Zaraz wróci Kath to do was dołączy. Nie możesz tak stać przed budynkiem. No raz, raz!

- Nie, nie potrzeba. Oni już muszą iść... Za 10 minut będę w pokoju. Obiecuję. – Berni trochę jeszcze się sprzeciwiał, aż w końcu ustąpił i wrócił razem z innymi „gorylami” do środka.

- Ej! O co chodzi z jakąś królową?! – Tom

- Kim oni w ogóle byli?! – Georg

- Dlaczego nas wyganiasz?! – Bill

- Nic nie rozumiem. – zakończył Gustav

- Powoli. Wszystko wam zaraz wytłumaczę!! – tylko jak to nie wiem....

- No my mamy taką nadzieję! – odparli

- Dobra. Idziemy!! Szybko! – okrzyknęłam i mimo sprzeciwu towarzyszy udaliśmy się szybko do pobliskiego parku, a tam na wielką fontannę, na której przysiedliśmy

- To teraz. Wytłumacz nam wszystko powoli, zrozumiale i obszernie... – Tom

- Obszernie? – zapytaliśmy wszyscy

- No co? Tak mi się powiedziało... – zaśmiał się, a ja wstałam, stanęłam naprzeciwko nich i zaczęłam się zastanawiać co im powiedzieć. Mam im niby powiedzieć, że jestem następczynią tronu w królestwie sąsiadującym z Niemcami?! Już nawet nie chcę myśleć jak to by się skończyło...

- To wy może zadawajcie pytania, a ja będę na nie odpowiadać. Będzie łatwiej. – jakoś z tego wybrnę

- O co chodzi z jakąś królową?

- Kim byli ci ludzie?

- Dlaczego nie chcesz nas zaprosić do swojego pokoju?

- A może tak jakoś po kolei? – trochę się zdenerwowałam – Tom pierwszy...

- Czemu on mówił o jakiejś królowej?

- A więc....eeeee....yyy...królowa, tak? To jest moja babcia... Berni ją tak nazywa – uśmiechnęłam się i odetchnęłam

- Babcię królową? Pierwszy raz coś takiego słyszę.... – Georg

- Wiesz. Ludzie mają różne pomysły... – Gustav

- Ale żeby aż takie? – Tom

- No dobra. Teraz ja. Kim byli ci faceci w czarnych garniturkach? – Georg

- To była moja ochrona...

- To kim ty jesteś? Córką królowej Cassienshofen czy jak – zaśmiali się, a ja kompletnie nie wiedziałam co im odpowiedzieć

- No a jak! Nie przypominam? – stanęłam przed nimi jak modelka i się zaśmiałam. Jednak w głębi duszy modliłam się, aby nie przyznali mi racji.

- W życiu nie widziałem tej dziewczyny, więc ci nie powiem – wyszczerzył się basista

- A ja słyszałem coś, że ta księżniczka to niezła jest – Tom.

- No braciszku zacząłeś wysoko mierzyć – zaśmiał się Czarny

- A jak. Z fankami skończyłem to teraz pora na samą rodzinę królewską – poruszał brwiami

- Uważaj bo się do niej dostaniesz! – zgasił przyjaciela Georg

- A zobaczysz, że się dostanę! – brakuje tylko, aby się założyli o to! Durnie!

- Tak, tak. Zdobędziesz ją i zostaniesz królem Cassienshofen lub Bassenberg... – podsumowałam

- O no właśnie! Nawet jak nie uda się z Cassienshofanką, to jest jeszcze ta druga, a ta to podobno lubi korzystać z życia... – Dred

- Nie bądź taki hop do przodu, bo ci tyłu zabraknie! A ta, jak to ująłeś ‘druga’, na pewno na ciebie nie poleci! – orzekł Georg

- Na pewno. Przecież nikt mi się nie oprze! – spojrzał na mnie zalotnie

- Te. Panie zalotnik, mnie to nie rusza, jakbyś chciał wiedzieć... – roześmiałam się

- Mam was wszystkich dosyć! Mieliśmy cię odprowadzić, więc chodź! – wstał i zaczął iść w drogę powrotną, a my oczywiście za nim. W połowie drogi przyszło mi na myśl jedno pytanie do nich.

- A powiedzcie mi. Podobno jesteście takie wielkie gwiazdy, a nie boicie się tak chodzić sami po mieście. Bez żadnych ochroniarzy?

- Istniejemy już baaaardzo długo, więc wszystko nie jest już takie głośne wokół nas. Dlatego możemy chodzić spokojnie. – wyjaśnił Gustav

- Bo my, to nie ty. My się nie boimy iść na spacer bez ochrony... – Tom

- Ja też się nie boję! Jak widzicie to teraz idę bez ochrony! – wstawiłam im język

- Jeżeli tak sądzisz, to odwróć się najpierw do tyłu, czai się tam jeden garniak i spójrz w prawo. Tam też jest jeden. Bez przerwy nas obserwują... – Georg. Obejrzałam się do koło i ujrzałam dwóch śledzących nas ochroniarzy królewskich. I to ma być wolność?

- Eh. Mam tego już dosyć. Gdzie się nie ruszę, to chociaż jeden musi za mną leźć...

- Jak sama mówiłaś, życie nie jest łatwe – Bill. Do końca drogi mało co się kto odzywał.

- Dziękuję za odprowadzenie – uśmiechnęłam się do każdego. Dzisiaj nie chciałam robić nic w stronę Billa. Boję się, że chłopak może odczuć coś gorszego niż zwykła przyjaźń i chwila zabawy.

- To była dla nas przyjemność. – Gustav

- Dasz mi swój numer telefonu? – zapytał wokalista – Prooooszę!

- Dobrze. Zapisz... – miało być dla jednej osoby, a tu w tempie ekspresowym cała czwórka pstrykała już coś na telefonach - +49 173 36 52 846

- O! Dzięki! – Bill ucieszył się niczym dziecko

- Przynajmniej teraz nie będziesz siedział przed hotelem – zaśmiałam się, na co chłopak zrobił się lekko czerwony

- An. A daj mi numer do Kath. – Tom

- O tak, jasne. Pocałuj mnie w nos!

- To daj. – uśmiechnął się

- I co jeszcze. Odgryziesz mi go i będzie... – zakryłam teatralnie swój nos

- Na pewno. Bo ja specjalizuję się w jedzeniu damskich nosów... – zrobił głupią minę

- A bo ja wiem. Nie znam cię...

- Patrzcie. Królewska limuzyna!! – krzyknął Gustav patrząc się na czarną limuzynę z chorągiewkami królewskimi, która zbliżała się do hotelu

- O cholera! Muszę lecieć! Pa! – krzyknęłam do nich szybko i pobiegłam do windy, a następnie do pokoju Kath.

- Wiem, że jesteś na mnie potwornie zła, ale babcia przyjechała!! – powiedziałam do przyjaciólki

- Co?! Jeszcze tylko tego brakowało. Dzięki za wiadomość... Trzeba się przebrać!! – powiedziała do mnie szybko, poczym zostawiłam ją samą i przeszłam do swojego apartamentu. Szybko wygrzebałam błękitną sukienkę do kolan i niebieskie szpilki. Wpakowałam to wszystko na siebie, rozpuściłam włosy i przeczesałam je. Po lekkim hałasie na naszym malutkim korytarzyku, dowiedziałam się, że moja przyjaciółka też jest już gotowa i udała się na dół. Nie pozostało mi nic innego, jak postąpić tak samo. Na dole zostałam skierowana do restauracji, która była w całkiem innej scenerii niż zazwyczaj, a przede wszystkim na środku Sali przy stole siedziała Helen Florentine Blanckenberg – królowa Cassienshofen i Bassenberg. Podeszłam tam.

- Witaj babciu! – przywitałam się, całując kobietę w policzek

****************
Wiem, wiem. Ta nota powinna ukazać się o wiele wcześniej i powinna być ciekawsza. Ale mam nadzieję, że wybaczycie i przymrużycie na wszystko oko. Buziaki :*


komentarze [14]

Rozdział 4 "A założysz się?" >> sobota, 24 lutego 2007 21:21:02
Nota by Kath.


-Bill, daj sobie spokój. Przecież dziewczyny przychodzą, odchodzą i tak w kółko. A to, że jakaś laleczka przeszła ci koło nosa, to jeszcze nie koniec świata. Poza tym ta jej koleżanka i tak była lepsza...

-Tom!

-No co?

-Nie nic, po prostu cię nie rozumiem...

-A co tu jest do rozumienia? – Dred zrobił głupią minę.

-Nie umiem pojąć tego, że ty się w ogóle nie angażujesz...

-A niby, w co mam się angażować? W stałe związki?! FU!

-Dobra skończmy tę głupią rozmowę, bo zaraz się pokłócimy.

*******

-Już wiem! – nagle zawołał Czarny, gdy cały zespół szedł przez miasto.

-Co takiego? – spytał zainteresowany Gucio.

-Już wiem, jak znaleźć An!

-A na co ci ona? – Geo.

-Nie widziałeś, jak mój kochany braciszek się do niej ślinił? – zaczął śmiać się Tom.

-Ej... Ale ja mam naprawdę świetny pomysł...

-No to wal. – odparł Georg.

-A więc pójdziemy do tego hotelu i się o nie zapytamy. Chyba nam powiedzą...

-WOW! Nikt chyba wcześniej nie wpadł na coś bardziej oryginalniejszego... – z ironią straszy Kaulitz.

-Tom, ty się już tak dzisiaj nie czepiaj. W kompleksy wpadłeś, bo jakaś laska ci wczoraj przykopała, czy co? – Gustav. Przyjaciele wolnym krokiem udali się do hotelu Cristal. Niestety recepcjonista nie chciała im pomóc, a gdy chcieli zostawić chociaż wiadomość, nie zgodziła się. Mówiła, że nie może i takie tam różne...

-No i co teraz? – spytał Georg.

-Chodźmy i tak tu nic nie zdziałamy. – powiedział Dredowaty.

-Ja nie mogę tak po prostu odejść! – zaczął się rzucać Farbi.

-No chodź! – Gucio.

-Ja nigdzie nie idę, usiądę tu i poczekam! Przecież one kiedyś muszą wyjść... – Bill najzwyczajniej w świecie usiadł sobie na chodniku przed wyjściem z hotelu i tak siedział. Kumple próbowali go odciągać, ale to nie przynosiło żadnych skutków, więc poszli do pobliskiej kawiarni i stwierdzili, że tam poczekają na wokalistę, aż mu przejdzie, bądź spotka dziewczynę. Po chwili wokół Czarnego zaczęły się gromadzić fanki. Było ich już bardzo dużo i Farbi nie nadążał z rozdawaniem autografów. Dziewczyny pchały się coraz bardziej, Bill już nie miał w ogóle miejsca i ulica też była zatarasowana. Ochrona hotelu postanowiła wkroczyć do akcji. W ostatniej chwili udało im się wyciągnąć z tłumu już mdlejącego muzyka i wnieśc go do hallu. Fani zaczęli się rozchodzić.

*******

Wieczorem byłam taka zmęczona, że od razu po powrocie zasnęłam. Obudziłam się za to wcześnie rano z wielką ochotą pogrania na gitarze. Była już 6:04, więc nikt mi nie mógł zarzucić zakłócania ciszy nocnej:P Podpięłam gitarę do wzmacniacza i zaczęłam. Zgodnie z przewidywaniami po chwili przyleciała do mnie potwornie zaspana i tak samo wściekła An.

-To, że tylko my 2 mamy apartamenty na tym piętrze nie znaczy, że możesz sobie urządzać takie ranne pobudki!!! – nie zdążyła jeszcze dobrze wejść, a już się darła...

-Ale ja tylko gram...

-Co za różnica?! JA CHCĘ SPAĆ!!!!!!!

-Ja też cię kocham:* I ślicznie wyglądasz w tej błękitnej koszulce...

-A JA CIĘ NIENAWIDZĘ!!!!!

-An, uspokój się już...

-NIE zamierzam się uspokoić!!! – przyjaciółka podeszła do mojej gitary leżącej na łóżku i... I rzuciła nią o ścianę... – PROSZĘ BARDZO! Graj sobie teraz!!!

-TERAZ TO JUŻ PRZEHOLOWAŁAŚ!!! – nie powiem, że się zdenerwowałam, bo byłam WKURZONA, jeszcze chwila, a by mnie krew zalała.

-Przynajmniej będę miała spokój:P

-Wcale, że nie!!! – podeszłam do niej i ją uderzyłam. Tym sposobem zaczęłyśmy się bić i wyzywać. Często się kłóciłyśmy, ale nie pamiętam, żeby kiedyś było tak ostro...

Po kilku minutach przybiegł Berni zaniepokojony naszymi wrzaskami. Zaczął nas rozdzielać i też mu się przy tym nieźle dostało... Wreszcie przyszło więcej ochroniarzy i dopiero wtedy sobie z nami poradzili. Trochę dziwne, żeby 2 dziewczyny musiało rozdzielać 5 silnych facetów... Anabel została odprowadzona do swojego apartamentu, a ja zostałam sama. Cały czas byłam potwornie wściekła. Jak ona mogła rzucić moim Freddiem?! Freddie to imię mojej gitary. Każdy zwykle nazywa je imionami damskimi, więc chciałam być oryginalna. Poza tym Freddie, nie żadny Michael czy Rainer, od Freddiego Mercurego z Queenu. Podeszłam do gitary, wtedy zdałam sobie sprawę, że już chyba na niej nie zagram... Grył się połamał... To już koniec. Koniec z moim Freddiem. W końcu się poryczałam... Jak ona mogła?! Usiadłam na podłodze nad szczątkami i tak siedziałam. Nagle do pokoju wrócił Berni.

-Ja was nie rozumiem... O co poszło?

-O to! Zobacz, co ona zrobiła! – wstałam.

-Ale spokojnie, Kath, uspokój się... Nie płacz, nie krzycz...

-Jak mam być spokojna?! Z tym się nic już nie da zrobić!

-Skąd wiesz? Dowiem się, gdzie się zgłosić i może jeszcze ci tego twojego Freddiego naprawią...

-Niby jak?! Skleją plasteliną?!

-Kath, spokojnie... Ja idę teraz do Anabel, a ty się wyszykuj, zjedz śniadanie i coś potem wykombinujemy, ok.?

-No ok... – tak jak prosił Bernard przebrałam się, umalowałam, zeszłam na dół do restauracji i zamówiłam śniadanie. Wtedy nasz opiekun też pojawił się w restauracji i dosiadł się do mojego stolika.

-Kath, nie mogę dzisiaj z tobą jechać, ale dam ci samochód. Mam tylko nadzieję, że się nie zabijesz... Tak więc pojedziesz pod ten adres – wręczył mi małą karteczkę z jakimś adresem – i tam pokażesz swoją gitarę.

-Pokazać to pokażę, ale oni tam też nic na to nie poradzą...

-Zawsze można spróbować. Ja już idę, bo muszę dostarczy przesyłkę od twojej babci, a ty się trzymaj. Tu są kluczyki do tego czerwonego Porsche, które dla was wypożyczyem.

-Ok., dzięki. – powoli dokończyłam posiłek i wróciłam do apartamentu zebrać szczątki cały czas leżącego na podłodze Freddiego. Włożyłam go do pokrowca, wzięłam jeszcze kostkę i skierowałam się do samochodu. W hallu byłam świadkiem bardzo dziwnego zdarzenia. Jakiegoś chłopaka ocucało ochroniarzy. Nie patrzyłam zbyt dokładnie, ale w tym chłopaku poznałam Billa Kaulitza. A co jeśli on szukał An? Nie! Tylko nie to:/ Jak najszybciej wyszłam z hotelu, aby mnie nie zauważył. Byłam już na parkingu prawie przy swoim Porsche, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłam się.

-Cześć:) – usłyszałam głos Toma. Czy to jakiś nalot na mnie dzisiaj?!

-A cześć...

-Widziałaś gdzieś Billa? – spytał ten długowłosy blondyn, którego imienia nie pamiętałam.

-Tak, cucą go w hallu.

-Czyli jednak to jego fanki dopadły:/ - Gustav – A mówiliśmy mu, żeby nie siedział jak ten cieć pod hotelem...

-Ale po co? – spytałam.

-Chciał zobaczyć jeszcze tę twoją An, a nie miał jej numeru, a recepcjonistka nie chciała mu powiedzieć, w którym pokoju mieszka, to usiadł pod hotelem i czekał, aż wyjdzie.

-Debil. – wymsknęło mi się... – Dobra ja spadam. Pa.

-Nie tak szybko! – Mop. – Grasz na gitarze? – wyszczerzył się do mnie, jakbym miała się zaraz na niego rzucić:/

-Tak.

-A pokażesz mi ją?

-Może lepiej nie, bo i tak jest już w dwóch kawałkach. – skrzywiłam się. Nie chiałam już dłużej kontynuować tej beznadziejnej rozmowy.- An się dzisiaj do niej dorwała:/

-No pokaż! – prawie wyrwał mi pokrowiec i wyjął Freda. – Nieźle ci ją uszkodziła. Ale da się jeszcze uratować... – jakoś tak nagle lżej mi się na duchu zrobiło... Ale z drugiej strony nie podobało mi się, że ktokolwiek inny niż ja dotykał mojej gitary:/ - Jak chcesz, to mogę ci ją naprawić:)

-Nie dzięki, poradzę sobie.

-Ale nigdzie ci tego nie zrobią, bo się nie opłaca, a ja mógłbym ci pomóc.

-Zrobią.

-A założysz się?

-Oczywiście.

-To jak przegrasz, to pójdziesz ze mną do klubu... – Dred cwanie się uśmiechnął. Jak ja nienawidzę takich casanowych od siedmiu boleści:/

-Nie licz na nic więcej! A jak ty przegrasz, to wszyscy dacie mi święty spokój!

-Ok. Georg przetnij. – Georg przeciął, pożegnałam się z nimi od niechcenia i wsiadłam do samochodu, zostawiając ich samych na parkingu.

********

-Tom! Znowu nie wzięliśmy numeru telefonu! – pierwszy zorientował się Gustav, który najmocniej z całego zespołu stąpał po ziemi,

-Jeszcze się spotkamy. Jestem tego pewien. – odrzekł Kaulitz. Tomowi coraz bardziej podobała się ta cała Kath. Jakby nie patrzeć była w jego typie, no nie licząc ciuchów. Ale Dred stwierdził, że po tygodniu z nim ta dziewczyna będzie wyglądać, jak na blondynkę przystało. Poza tym to była pierwsza laska od dobrych kilku lat, która od razu nie rzuciła mu się na szyję... Trochę oschła, trochę bezczelna, taka niedostępna i zupełnie nim nie zainteresowana. I jeszcze ten język na koncercie. Tak, to się nazywa wyznaczaniem sobie nowych celi. Tom chciał ją zdobyć i zaliczyć, jak inne dziewczyny. Tym razem będzie ciężej, ale też będzie miał większą satysfakcję z nią zrywając po rozkochaniu w sobie. Musiał jeszcze wymyślić jakąś dobrą taktykę - zupełnie jak na wojnie...

********

Tak jechałam samochodem i coraz bardziej się wściekałam. Jak ja mogłam się z nim założyć? Jaka ja byłam głupia! Niby nic nie ryzykuję, ale jak pomyślałam, że on miałby dłużej trzymać Freddiego, to mnie ciarki przeszły:/ Wreszcie dojechałam pod podany przez Berniego adres. Pan, który ze mną rozmawiał był bardzo miły i jeszcze badziej miło mi wytłumaczył, że gitarę da się naprawić, ale on tego za żadne nawet największe pieniądze nie zrobi i próbował mi sprzedać inną:/ Eh. Czyżbym przegrała zakład?! To przecież NIEMOŻLIWE!!! Zrezygnowana wróciłam do swojego apartamentu w hotelu, gdzie od razu powitał mnie Bernard. Gdy spytałam, czy nie zna innego miejsca, gdzie mi doprowadzą Freda do porządku, powiedział, że nie... Byłam po prostu wściekła na swoją własną głupotę. Teraz będę musiała iść z tym Makaronem do klubu:/ Dawno już nie miałam tak złego dnia. Do wieczora siedziałam u siebie, zeszłam tylko na kolację i przy okazji załatwiłam sobie parę gazet. A w każdej było coś o Tokio Hotel... Czy oni mnie muszą cały czas prześladować?!

*******
Witam ponownie:P Mam nadzieję, że spodobał wam się kolejny odcinek:)
komentarze [19]